Warto marzyć – zapewnia w naszym wywiadzie Urszula Dudziak

4 godzin temu

Z Urszulą Dudziak nie tylko o muzyce – to opowieść o wolności, konsekwencji i odwadze. W szczerym wywiadzie legendarna artystka wraca do początków kariery, opowiada o pracy z córką Miką Urbaniak oraz… samochodach. Wspomina największe gwiazdy jazzu i tłumaczy, dlaczego utwór Papaya wciąż daje jej radość.

Tomasz Szmandra: Coraz więcej artystów wraca do klasycznych płyt winylowych. Czy Pani również planuje wydanie np. swojej najnowszej płyty UlaNova w tym formacie?

Urszula Dudziak: Tak, oczywiście. Cieszę się, iż winyl wraca, bo to coś absolutnie wyjątkowego – bardziej namacalnego, osobistego. To nie tylko muzyka, ale też piękny przedmiot. Świetnie sprawdza się jako prezent. Mam wrażenie, iż dziś coraz bardziej i częściej tęsknimy za takim kontaktem z muzyką.

Chciałbym zapytać o Mikę Urbaniak. Czy Panie współpracują? Dzielą scenę? To bardziej relacja mistrz–uczeń czy partnerstwo?

Ta relacja jest bardzo dynamiczna i inspirująca obie strony. Mika wychowała się w muzyce – od dziecka słyszała jazz, nasze próby, koncerty. To ją oczywiście ukształtowało. Ale jednocześnie bardzo gwałtownie zaczęła iść swoją drogą. Przynosi mi swoje odkrycia, pokazuje artystów, których sama słucha. To dzięki niej poznałam bliżej Esperanzę Spalding – wybitną wokalistkę i instrumentalistkę, która śpiewała dla Baracka Obamy i wykładała w Berklee College of Music w Bostonie. Mika otwiera mnie na nowe rzeczy.

Najpiękniejsze jest to, iż my się nawzajem inspirujemy. Ona mówi: „Mama, chciałabym śpiewać jak ty”, a ja jej odpowiadam: „A ja bym chciała śpiewać jak ty”. Jesteśmy inne, ale mamy wspólną pasję. I widzę, jak ona niesamowicie się rozwija – z jaką świadomością improwizuje, z jakim wyczuciem rytmu. To już jest dojrzała artystka.

Na chwilę odejdźmy od muzyki. Jakie samochody są Pani najbliższe?

Zdecydowanie Mercedes. Od lat. Lubię komfort, bezpieczeństwo, stabilność – dlatego wybieram duże SUV-y. Mam też małego, dwudrzwiowego Mercedesa, takie moje „sreberko”, idealne do poruszania się po mieście.

Ale najważniejsza lekcja motoryzacyjna w moim życiu przyszła bardzo wcześnie. Mieliśmy poważny wypadek, wracając Peugeotem 404 Kombi z koncertu pod koniec lat 60. Uderzenie było tak silne, iż książka, którą czytałam, wypadła przez okno… Na szczęście nic nam się nie stało, bo mieliśmy zapięte pasy, ale to wydarzenie zapamiętałam na zawsze. Od tamtej pory zawsze zapinam pasy. Bez dyskusji! choćby siedząc z tyłu. To już jest odruch.

Dużo jeździła Pani po świecie, szczególnie po Stanach Zjednoczonych. Jak porównałaby Pani kulturę jazdy w różnych krajach?

W USA policjant zawsze kojarzył mi się z kimś, kto pomaga. To była zupełnie inna relacja niż ta, którą pamiętam z Polski sprzed lat. Dziś oczywiście się to zmienia i bardzo mnie to cieszy.

Z kolei Skandynawia to dla mnie przykład niesamowitej organizacji i dyscypliny. Co ciekawe, byłam świadkiem, jak w Szwecji zmieniano ruch z lewostronnego na prawostronny – wszystko odbyło się perfekcyjnie, w jedną noc. To robi ogromne wrażenie.

W Polsce widzę dużą poprawę, ale wciąż uczymy się wzajemnego szacunku na drodze. Coraz częściej pieszy jest traktowany z należytą uwagą i to jest bardzo dobry kierunek.

Pracowała Pani z największymi muzykami świata, których przeciętny meloman zna jedynie z koncertów, radia, telewizji czy płyt. Jak wygląda to środowisko od środka?

Na najwyższym poziomie jazzu nie ma zazdrości ani rywalizacji. Jest wsparcie i ciekawość drugiego człowieka. Grałam z takimi artystami jak Herbie Hancock, Joe Zawinul, Chick Corea czy John McLaughlin – to była jedna wielka muzyczna rodzina.

Pamiętam też spotkanie ze Stingiem – dobrze znanym także w Polsce z zespołu The Police i własnych dokonań. Było to podczas Umbria Jazz Festival. Sting – mimo iż artysta światowej sławy, zaprezentował się jako człowiek niezwykle skromny. Z kolei Stanley Clarke polecał moją muzykę brazylijskiej wokalistce jazzowej Florze Purim, która była nią zachwycona. Takie momenty pokazują, jak działa ten świat.

Nie spotkałam się z „gwiazdorzeniem”. Raczej z uznaniem i zdziwieniem: skąd jesteśmy i co to za muzyka. Bo to, co przywieźliśmy z Polski, było dla wielu ludzi czymś nowym i świeżym.

W tym roku zostałam zaproszona przez New York Voices, by wystąpić z nimi gościnnie podczas ich pożegnalnego koncertu 23 lipca w Teatrze Muzycznym w Gdyni.

Papaya to utwór, który zna niemal każdy. Nie ma Pani czasami ochoty uciec od niego?

Absolutnie nie. Dla mnie to nasze dziecko – moje i Michała Urbaniaka. Czy dziecko przestaje być nasze, kiedy dorasta? Nie. Śpiewam Papayę na koncertach i widzę, co dzieje się z publicznością. Ludzie się uśmiechają, tańczą, mają w sobie radość. Ten utwór pobudza i inspiruje, więc ja wcale się nim nie nudzę i śpiewam go za każdym razem z wielką przyjemnością. Papaya ma niezwykłą energię. I ja ją cały czas czuję.

Jakie przesłanie chciałaby Pani zostawić kobietom – także tym z branży motoryzacyjnej?

Przede wszystkim róbmy to, na co mamy ochotę, i nie przejmujmy się stereotypami. Nie ma rzeczy „dla kobiet” i „dla mężczyzn”. jeżeli coś nas pasjonuje, idźmy w tym kierunku. Ja sama byłam kiedyś osobą pełną lęków. Dziś jestem kobietą świadomą, pewną siebie. Przeszłam długą drogę i wiem, iż każda z nas ma w sobie siłę, żeby się rozwijać i spełniać.

Od lat jest Pani dyrektorką artystyczną wyjątkowego wydarzenia, jakim jest Energa Ladies’ Jazz Festival. Czy sytuacja kobiet w świecie jazzu się zmienia?

Zdecydowanie tak. Ten festiwal powstał właśnie po to, żeby pokazać, jak wiele utalentowanych kobiet tworzy jazz. Przez lata były one mniej widoczne, a to było niesprawiedliwe.

Dziś widzimy ogromną zmianę – zarówno na scenie, jak i wśród publiczności. Pojawia się młode pokolenie, które ma odwagę tworzyć i eksperymentować. Mam wielu przyjaciół, którzy regularnie, przynajmniej na jeden dzień wpadają na Energa Ladies’ Jazz Festival i bardzo mnie to cieszy, bo widać, iż ten festiwal znalazł swoje miejsce. Mało tego, nie ma tu poczucia, iż brakuje mężczyzn, iż brakuje gwiazd. Co roku gościmy artystki, które są gwiazdami światowego formatu i prezentują bardzo wysoki poziom. Jazz jest wolnością i ludzie to czują.

Wróćmy jeszcze na chwilę do początków Pani kariery – kto Panią zaraził jazzem?

Mój brat. Mam starszego brata, perkusistę, który gdy miałam jakieś 14-15 lat, często mówił mi: „Teraz słuchamy jazzu!”. No i ja momentalnie połknęłam ten haczyk, a potem już sama słuchałam tej muzyki. Tak to się właśnie zaczęło.

Całe Pani życie, wspaniała kariera i to, w którym miejscu znajduje się Pani dzisiaj, są potwierdzeniem, iż warto marzyć…

Zawsze warto. Jako nastolatka w Zielonej Górze słuchałam audycji legendarnego Willisa Conovera i marzyłam o tym, by śpiewać jak Ella Fitzgerald. Kilkanaście lat później siedziałam u niego w Nowym Jorku, a on zapowiadał moją płytę. To wydawało się niemożliwe, a jednak się wydarzyło. Dlatego potwierdzam: warto marzyć!

Rozmawiał: Tomasz Szmandra
Wywiad ukazał się w wakacyjnym wydaniu magazynu „VIP Menadżer Floty”

Idź do oryginalnego materiału