
Pachnąca świeżością nowa ulica nie jest może najdłuższa, ale w tym przypadku długość nie ma żadnego znaczenia – i tak może być smutnym symbolem patologicznych przyzwyczajeń, z którymi wciąż przegrywamy. Wszyscy.
Na profilu lodz.pl odnotowano otwarcie nowej ulicy. „Przebiega przez sam środek znanego osiedla”, podkreślono. Jak czytamy w serwisie, fragment pomiędzy ul. Tymienieckiego a ul. Milionową „pozwoli na rozbicie kilkuhektarowego obszaru zabudowy, zapewni łatwiejszy dojazd na osiedle i nie pozwoli generować ruchu tylko na jedną ulicę, a mieszkańcy będą mieli większą elastyczność wyjazdu”. Wybudował ją prywatny inwestor.
Komentujący od razu zwrócili uwagę na pewien mankament nowej ulicy. Chodnik błyskawicznie został przejęty przez kierowców. „W ogóle nie da się przejść, po obu stronach mnóstwo łamiących przepisy, już rozjechana zieleń” – zauważa autor zdjęć pokazujących samochodową patologię.
Fragmentem ulicy miałem okazję przejść się kilka tygodni temu. Już wtedy było tak samo źle. Przysłowiowi rodzice z wózkiem nie mieliby tu czego szukać. Nie było choćby skrawka wolnej przestrzeni dla pojedynczego spacerowicza, a co dopiero dla kogoś, kto pcha wózek czy porusza się na nim. Zwykłe targanie zakupów sprawia, iż trzeba przejść na drugą stronę. Tam było lepiej, ale naprawdę kilka – przez cały czas istniała konieczność przeciskania się. Dwie osoby raczej by się nie minęły, bo miejsce zajmowały auta.
Uznałem jednak, iż skoro prace trwają, to może jeszcze przymyka się oczy na ten proceder. Tymczasem dziś miasto z dumą ogłasza otwarcie, a w oczy dalej rzuca się nieodpowiedzialne podejście kierowców.
Tym bardziej jest to smutne, bo osiedle, o którym mowa, to naprawdę dobrze zaprojektowana przestrzeń
Dawne imperium łódzkich fabrykantów zostało przerobione na osiedle. Łódzka historia ciągle jest na nim obecna – widać ślady dawnych fabryk, zachowano niektóre ściany, jest wysoki komin z czerwonej cegły, oczy cieszy imponująca wyremontowana dawna elektrownia, która, jak chwali się deweloper (i ma czym) „stanowi w tej chwili jeden z najlepszych przykładów secesji przemysłowej w Polsce oraz w Europie”. realizowane są w niej liczne wydarzenia, wystawy czy koncerty. Ale i bez nich warto podziwiać budynek z charakterystycznymi, pięknymi witrażami.
Może nie wszystkie apartamentowce wyglądają ładnie, ale i tak wyróżniają się na tle nowych, nudnych i brzydkich blokowisk, jakich wiele w całym kraju. Co najważniejsze, ta przestrzeń żyje. Pełno jest knajpek i miejsc typowych dla nowoczesnego, prestiżowego osiedla – czyli nie warzywniak, a studio pilates – ale i tak można chodzić po Fuzji bez konieczności wydawania złotówki. To po prostu przyjemna okolica, gdzie ludzie spędzają czas. Spacerują, siedzą na ławkach. Rodzice grają z dziećmi w ping ponga, ktoś rozkłada się na trawie, jest mnóstwo zieleni. Cisza i spokój.
Wszystkie nowe osiedla budzą we mnie skrajnie negatywne uczucia, a przez Fuzję lubię przechodzić tylko dla przyjemności. Jest częstym elementem moich spacerów. Zawsze coś tam się dzieje. To skrawek nowoczesnego miasta moich marzeń: zielone, tętniące życiem.
Ogromną różnicę w projektowaniu widać, gdy porównamy ten teren z pobliskimi Ogrodami Geyera. Niech was nie zmyli nazwa – zieleni tam tyle, co kot napłakał. Chociaż przestrzeń wydaje się podobna – jest sporo restauracji, buduje się nowe osiedle – to teren dawnych zakładów jest betonową pustynią. Knajpki otacza jeden wielki parking. jeżeli więc ktoś przyjeżdża, to głównie autem – zjada i gwałtownie wyjeżdża. Nikt nie spaceruje, nie nadkłada drogi, aby się przejść dla własnej przyjemności, tak jak to robię w Fuzji.
Fuzja jest więc dowodem na to, iż nowa architektura może być przyjazna dla wszystkich – dla ludzi, którzy z niej korzystają, i dla reszty mieszkańców
Tym bardziej szkoda, iż ulica, która jest de facto jedną z bram do osiedla, wygląda nie jak zapowiedź lepszej przyszłości, a okropny relikt przeszłości.
To w zasadzie nasza teraźniejszość: wiele chodników przez cały czas tak się prezentuje. Są zrujnowane, bo parkują na nich samochody. Nie da się przejść, kierowcy pozostawiają kilka miejsca. Trawniki gwałtownie zamieniają się w pustynię.
Niby nowa architektura, która zasługuje na bycie nową wizytówką miasta, ale wystarczy wejść od innej strony, aby zobaczyć dawne, złe zwyczaje.
Tak wciąż wygląda rzeczywistość pieszych
Na łamach Spider’s Web pisałem o tym wielokrotnie: jesteśmy najbardziej poszkodowaną grupą w miastach, miasteczkach, na wsiach. Chodzenie na nogach okazuje się być karą wymierzaną przez miasta. Latem nie ma gdzie się skryć przed cieniem. Zimą będziemy ślizgać się po skutych lodem chodnikach, których tylko niewielka część zostanie posypana piaskiem. W tym czasie auta sunąć będą po idealnie czarnych drogach. Wiadomo, kto jest ważniejszy.
Cały rok uciekamy przed elektrycznymi bestiami – przerobionymi rowerami albo hulajnogami. Uważamy, aby nie skręcić kostek na nierównych płytach. Omijamy samochody, dla których chodnik to miejsce parkingowe przyznawane z marszu – i dlatego kierowcy nie mają zamiaru korzystać z płatnych parkingów, bo i po co, skoro im się należy wszystko. Bo tak i koniec.
Biegiem przekraczamy przejścia dla pieszych, bo zielone światło świeci się raptem kilka sekund. Kierowcy nie mogą przecież długo czekać, muszą wystartować jak najszybciej!
Właśnie dlatego tak boli mnie zmarnowany potencjał fragmentu nowego osiedla
Ulica, która mogła świecić przykładem – być np. zielonym woonerfem, ale takim prawdziwym, a nie tylko z nazwy – pozostało jednym dowodem na samochodozę, symbolicznym przykładem pokazującym, jak tkwią w nas stare zwyczaje. Dalej cierpimy na chorobę, która psuje nam życie od lat.
To przecież króciutki odcinek i dałoby się pogodzić potrzeby okolicznych mieszkańców z ruchem pieszych. A zamiast tego stworzono prowizorkę. Chodnik niby jest, ale nie służy do chodzenia. Jest miejscem wypasu świętych krów, samochodów.
Podejrzewam, iż gdyby w okolicy powstał płatny parking, świeciłby pustkami jak te w centrum, bo parkowanie jak zwykle okazałoby się za drogie. Według kierowców miejsce postojowe jest prawem, nie towarem. Wybaczcie, iż uogólniam, ale naprawdę sądzę, iż wielu tak uważa: parkować powinno się wszędzie tam, gdzie da się wjechać. A jeżeli choćby się nie da, to i tak warto próbować.
To nie tylko problem Łodzi. Rafał Trzaskowski zwrócił uwagę w filmiku opublikowanym w mediach społecznościowych, iż na parkingu w centrum stolicy dalej jest mnóstwo wolnych miejsc. W komentarzach ryk, bo za drogo. Ostatnio mój znajomy w facebookowym wpisie zadał słuszne pytanie, dlaczego w zasadzie ktokolwiek miałby fundować komukolwiek miejsce na samochód. o ile ktoś decyduje się na zakup auta, to powinien też zadbać o to, gdzie go zostawia. Czy jeżeli stara szafa nie mieści mi się w domu, mogę ją postawić na trawniku przed blokiem albo zaanektować pół chodnika?
Oczywiście to nie tak, iż dalej tkwimy w mrocznych latach
Dużo zmienia się na lepsze. Widać to szczególnie, gdy wyjedzie się za granicę. Rafał Gdak tak opisywał swoje włoskie przygody w kraju samochodziarzy:
Jestem na środku przejścia dla pieszych w Pizie, a w moją stronę z dużą prędkością zbliża się samochód. Nie widać, żeby zwalniał, wręcz przeciwnie mam wrażenie, iż nic sobie nie robi z mojej obecności na przejściu. Nie wbiegłem na pasy, rozglądałem się i byłem uważny. Ten scenariusz powtórzył się wielokrotnie i w różnych miastach – w Pizie, Florencji, Sienie, Lukce, a w poprzednim roku również w Mediolanie, Bergamo czy Brescii. Niemal za każdym razem miałem poczucie, iż wejście na pasy równa się wypowiedzeniu wojny tamtejszym kierowcom. Stać przy przejściu można z kolei w nieskończoność, bo nikt i tak się nie zatrzymuje. Trzeba wymuszać pierwszeństwo, bo inaczej możemy zakwitnąć przed zebrą.
Podobnie miałem w Porto, gdzie kierowcy przeważnie ani myśleli, by zatrzymać się przed pasami, jeżeli nie ma takiej konieczności w postaci czerwonego światła. W takich chwilach człowiek rozumie, jak długą drogę przeszliśmy. przez cały czas nie jest doskonale, co pokazuje opisywany przykład nowej osiedlowej drogi, ale przynajmniej coraz częściej kierowcy rzeczywiście zwalniają przed przejściem dla pieszych i nas przepuszczają. Nie ma choćby już w nich wielkiego bólu – przyzwyczaili się.
Czyli można. Opór przed koniecznymi zmianami jest jednak silny
Kierowcy się nie poddają. Widać to na przykładzie warszawskich ulic w centrum. Tam dochodzi do prawdziwej rewolucji. Ile to się nasłuchałem, iż przez to życie wymrze, będą pustki, pies z kulawą nogą nie zajrzy. A tu proszę, można przyjemnie spacerować, korzystać z zieleni.
Narzekanie wynikało z naszej wrodzonej pasji do narzekania. To nasza cecha narodowa (…) Bardzo łatwo zapominamy, co było wcześniej, a różnica jest gigantyczna. Teraz można tam przysiąść, a dzieci brodzą w wodzie. Nie wszystkie fontanny muszą być wodotryskiem z chodnika, co pokazuje element wodny zastosowany na placu. Jednocześnie zachowano funkcję śródmiejską, gwarnego placu, gdzie tysiące ludzi po prostu przechodzi, przebiega i przejeżdża – komentowała w rozmowie z PAP Anna Cymer, historyczka i popularyzatorka architektury.
Tak, zmiany zachodzą, co widać w wielu polskich miastach, nie tylko w Warszawie. Tym bardziej więc szkoda, iż po tylu potrzebnych krokach w przód, zdarza nam się niepotrzebny zwrot i utrzymywanie starych, szkodliwych zwyczajów.















