Wprowadzenie na rynek nowej, nikomu nieznanej marki nie jest łatwym zadaniem. Potencjalni klienci muszą przede wszystkim się o niej dowiedzieć, zacząć rozpoznawać, a w końcu zainteresować się jej samochodami. Większość chińskich marek jeszcze rok temu nikomu nic nie mówiła. Importerzy mogli więc albo stopniowo, powoli przyzwyczajać publiczność do nowych nazw, budując rozpoznawalność w mediach społecznościowych i branżowej prasie, albo zastosować „rozpoznanie bojem” i bez zbędnych ceregieli wrzucić nowe modele na rynek. Tak na przykład zrobił importer marki Forthing (należącej do koncernu Dongfeng) – sam o jej istnieniu dowiedziałem się z… zaproszenia na premierę modeli T-Five i VANa U-Tour.

Forthing czyli for everything…?
Forthing to podobno skrót od „for everything” – cóż, Chińczycy nie mają najlepszej passy w tworzeniu nazw po angielsku. W Polsce na początek wprowadzono dwa modele – SUV-a o nazwie T-Five i minivana U-Tour. Oba napędzane są silnikami Mitsubishi, co podkreślane jest w każdej reklamie. Faktycznie, jednostka 1,5 T-GDI była stosowana na przykład w modelu Eclipse Cross. Mitsubishi jednak już kilka lat temu wycofało ją z Europy, bo przestała spełniać wymogi związane z emisją spalin. Forthing, korzystając z tymczasowej, jednostkowej homologacji, niejako ją na naszym rynku reaktywował.

Napęd
Z pojemności półtora litra wyciśnięto 177 KM i 260 Nm momentu obrotowego. Gdyby chcieć ten silnik dostosować do normy WLTP, moc pewnie spadłaby do jakichś 150 KM. Ale skoro nie było takiej potrzeby (w końcu trzeba będzie uzyskać pełną homologację), teoretycznie postawiono na osiągi kosztem oszczędności. Zejście poniżej 9 litrów na 100 km wymaga sporej ekwilibrystyki. Tym bardziej, iż moc jest raczej „papierowa” i podczas jazdy samochód jest, owszem, żwawy, jednak na tyle tylko, żeby wystarczająco radzić sobie w ruchu. Dobrze działa siedmiobiegowa skrzynia dwusprzęgłowa, chociaż w trybie Eco (jest taki, pomimo braku systemu Start-Stop) niestety po prostu spowalnia. Generalnie jednak, jeżeli pogodzimy się z raczej wysokim spalaniem, do napędu Forthinga T-Five trudno mieć większe zastrzeżenia.












Wygląd
Nie można też przyczepić się do wyglądu – to kolejny z dobrze zaprojektowanych, nowoczesnych chińskich SUV-ów. Design podkreśla „usportowiony” charakter, mamy więc duże koła, sporo „karbonowych” dodatków, a choćby cztery (prawdziwe) rury wydechowe. Forthing T-Five ma 4,56 metra długości, jest jednak dość szeroki i wysoki, co optycznie czyni go dość potężnym. Gdyby więc oceniać wyłącznie na podstawie danych technicznych i wyglądu, złego słowa nie dałoby się powiedzieć.









Wnętrze
Wewnątrz też nie jest źle – jak w niemal każdym chińskim samochodzie, w Forthingu znajdziemy wygodne fotele i niezłe materiały. Jak dla mnie, trochę za dużo jest „piano black”, ale to kwestia gustu. Pochwalić można też osobny panel sterowania klimatyzacją. Tyle tylko, iż w działaniu jest już gorzej. Klimatyzacja bowiem albo dmucha lodowatym powietrzem niezależnie od ustawień, albo – po wykręceniu do maksymalnej temperatury – zionie gorącem. Nic pośrodku nie ma. Z początku sądziłem, iż to wadliwy termostat – trudno, zdarza się, wszystko może się popsuć. Jednak osoby jeżdżące innymi egzemplarzami zgłaszały dokładnie ten sam problem, a to już niepokojący sygnał.

Dobrym pomysłem w Forthing T-Five jest też ukryte pod klapką pomiędzy nawiewami miejsce na uchwyt do telefonu. Może się przydać, o czym za chwilę. Oczywiście mamy dwa ekrany, połączone w jedną „deskę” – wygląda to estetycznie, dopóki się ich nie włączy. Zestaw wskaźników to jakiś dramat w stylu lat 90-tych. Ciemny, średnio czytelny, na szczęście widać to, co najważniejsze, czyli cyfrowy obrotomierz i prędkościomierz.









Elektronika
Informacje z komputera pokładowego (nie ma ich zresztą zbyt wiele) są natomiast malutkie, choć miejsce na nie jest – pośrodku całego zestawu. Tyle tylko, iż znajdziemy tam ikonkę samochodu ze stałym wyświetlaniem ciśnienia w oponach. Informacja ważna, ale nie na tyle, żeby poświęcać jej więcej miejsca, niż na przykład danym o zużyciu czy zasięgu, albo działaniu systemów. Systemów, których nie ma. Forthing T-Five nie ma przecież homologacji unijnej, zatem o na przykład adaptacyjnym tempomacie można zapomnieć. Importer co prawda wymienia na liście wyposażenia system AEB, czyli awaryjnego hamowania, ciekaw jestem jednak, jak może działać bez radaru. Z drugiej strony, brak obowiązkowych systemów likwiduje „procedurę startową”, bo nie trzeba ich wyłączać – rozpoznawania znaków drogowych też przecież nie ma, nadzoru nad uwagą kierowcy też. Mimo wszystko jednak wolę, gdy te systemy są, a ich działanie można ustawić zgodnie z własnymi preferencjami.









Z kolei na ekranie centralnym znajdziemy tylko kilka smutnych ikonek. Możemy sobie wyświetlić ustawienia radia (pozbawionego RDS), albo menu ustawień samochodu czy klimatyzacji. Nawigacji nie ma, a Android Auto i Apple CarPlay są tylko dzięki temu, iż w schowku znajduje się magiczne pudełeczko, które pozwala na połączenie telefonu. Działa, jak działa, niekoniecznie najlepiej, ale na upartego można skorzystać. Po połączeniu ekran telefonu zajmuje całość centralnego wyświetlacza, uniemożliwiając powrót do jakiejkolwiek funkcji menu samochodu. Dlatego dobrym pomysłem jest wspomniany wcześniej uchwyt na telefon.









Brak ergonomii
To jednak nie jedyne problemy z ergonomią w modelu Forthing T-Five. Pomimo dobrego wyglądu i teoretycznej wygody foteli znalezienie idealnego miejsca za kierownicą jest praktycznie niemożliwe. Siedzisko jest za krótkie, a pedały podwieszone pod kątem, który zmusza do stałego wygięcia stopy w nienaturalnej pozycji. Na domiar złego pedał gazu jest „miękki” i ma spory jałowy skok – trzeba go mocno wcisnąć, żeby zareagował. W efekcie po kilku kilometrach daje o sobie znać stałe napięcie mięśni łydki. Wystarczy pół godziny, żeby przy wysiadaniu już utykać. Nie wyobrażam sobie przejechania tym samochodem kilkuset kilometrów. To jest do rozwiązania – wystarczy zmienić kąt i położenie umocowania pedałów, dodanie tzw. kołyski, czyli możliwości regulacji pochylenia siedziska (a nie tylko jego podnoszenia). Warto też zwiększyć zakres regulacji kierownicy, notabene też trochę za dużej.









Powodów do narzekania nie będą mieli natomiast pasażerowie z tyłu. Miejsca jest dużo, a dzięki płaskiej podłodze zmieszczą się trzy osoby. Z kolei bagażnik jest spory (480 litrów), choć oczywiście pozbawiony jednego choćby haczyka do powieszenia toreb czy oczek do zamocowania siatki.

Zmarnowany potencjał
Generalnie mam wrażenie, iż decyzja o „rozpoznaniu bojem” sprawiła, iż na rynek wprowadzono samochód niedopracowany i nie do końca przetestowany. A to spowodowało, iż zmarnowano spory potencjał, bo mogłoby być dużo lepiej. Teraz jednak czuję się, jako potencjalny klient, trochę zlekceważony. Ładne opakowanie to zdecydowanie za mało. Oczywiście, tak producent, jak i importer mogą jeszcze te błędy naprawić, przecież Chińczycy znani są z szybkiego reagowania na krytykę. Trzeba też będzie w końcu albo zdobyć pełną homologację, albo – uznać porażkę i markę wycofać. Bo tutaj rozpoznanie bojem ewidentnie nie zakończyło się sukcesem.
Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: Paweł Bielak

Pozostałe testy tutaj
Jeśli podoba Ci się Overdrive i to co robimy, to będzie nam miło jeżeli będziesz nas wspierać za pośrednictwem PATRONITE. Poza naszą wdzięcznością uzyskasz dostęp do dodatkowych materiałów i atrakcji.
