
Już słychać ryk samochodziarzy, ale w końcu przyszedł czas nie tyle co na odwrócenie proporcji, ale po prostu zauważenie, iż po mieście poruszają się nie tylko samochody.
Tu i ówdzie usłyszeć można, iż nie ma w Polsce grupy tak gnębionej jak kierowcy. Autorów głoszących tego typu hasła chciałbym serdecznie zaprosić na skrzyżowanie w centrum Łodzi, gdzie ul. Kilińskiego przecina al. Piłsudskiego. Tamtejsze przejście dla pieszych to wielka pogarda dla wszystkich, kto nie porusza się autem. Zielone światło błyszczy dosłownie przez chwilę – i to naprawdę nie jest przesada. Człowiek zdąży pokonać połowę drogi, a już jest wstrzymywany przy torach tramwajowych. W teorii.
Chociaż zielone najpierw mruga, a potem wskakuje czerwone, to stojące obok auta dalej nie mogą jechać. I tak jest przez dobrych kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt sekund. Oni również mają czerwone. Projektant tego rozwiązania wstrzymuje jednych i drugich, podczas gdy piesi dalej mogliby spokojnie, spacerem, udać się na drugą stronę. I jeszcze zostałby czas na upewnienie się, iż wszyscy zniknęli z pola widzenia.
Efekt jest jednak taki, iż każdy, kto zna to skrzyżowanie, rozpoczyna walkę z czasem. Nierówną, skazaną na porażkę, ale mimo to ci, co mogą, przynajmniej starają się podjąć wyzwanie. Bieg zaczyna się od samego początku. Potem tradycyjne miganie światła i przyspieszenie. Zapala się czerwone, więc trzeba pędzić ostatkiem sił, byleby tylko nie zdenerwować stojących w korku kierowców, którzy mogliby zobaczyć ten występek. I to nic, iż oni przez najbliższych kilkadziesiąt sekund i tak nigdzie się stąd nie ruszą.
Mam wrażenie, iż chodzi w tym wszystkim o nic innego jak tylko o upokorzenie pieszych
Ci pędzą, omal nie przewracają się o własne nogi, byleby udało im się wykonać tak prostą, tak oczywistą, tak normalną czynność jaką jest przejście na drugą stronę. Tu zaś jest wyścig jak o życie, o wolność – a ten, kto zostanie na szarym końcu, trafi do wiecznej niewoli. Dlatego wszyscy ryzykują urazami, przepychają się, by wywalczyć jak najlepszą pozycję na pierwszym odcinku.
Nie zliczę, ile razy widziałem starsze osoby, które przechodziły w marszobieg i czmychały z przejścia w przerażeniu, jakby naprawdę ryzykowały życiem i miały świadomość, iż lada moment ktoś może ich potrącić. I nie będą mogli mieć pretensji – w końcu było już czerwone. Tak ustalono zasady gry.
Nie muszę chyba dodawać, iż do tej rywalizacji choćby nie dopuszczeni są ci, którzy mają problemy z poruszaniem się. Rodzice pchający wózki. Osoby dźwigające zakupy albo walizki. Muszą po prostu uzbroić się w cierpliwość i zrozumieć, iż spieszyć to się może w mieście kierowcom. To dla nich ruch ma być płynny i jak najmniej uciążliwy.
Nie ma chyba lepszej definicji gnębienia i upokorzenia niż to, co dzieje się na tym przeklętym łódzkim skrzyżowaniu. Jakby w zamyśle było poniżenie pieszych, dla których zielone światło jest sygnałem do gonitwy. Tak właśnie wyglądamy: jak psy czy konie biorące w wyścigu albo, co gorsza, jak kaczki uciekające przed myśliwymi, które wypuszcza się wyłącznie po to, aby zaraz je odstrzelić. Mamy być wdzięczni za to, iż chociaż przewidziano tych kilka sekund na przedostanie się z jednej strony na drugą. Radujmy się, iż kiedy idziemy na czerwonym, wcale na nas nie trąbią, a jedynie patrzą z politowaniem. Pewnie rozbawieniem częściej, ale czasami i współczuciem.
Wspominałem już kiedyś o tym skrzyżowaniu, ale wspomnę jeszcze nieraz, bowiem o tak skandalicznym traktowaniu ludzi trzeba mówić często i głośno. To absurdalne, iż wszyscy się przyzwyczaili: tak jest i już. Nic nie można zrobić. Prosić o wydłużenie zielonego światła? W centrum miasta?
A jednak – da się coś zrobić. Gliwice świecą przykładem
Miasto poinformowało o podpisaniu umowy na nowy system sterowania ruchem w Gliwicach. Ma ruszyć jeszcze w tym roku. Jak czytamy, nowe rozwiązania w duchu smart mobility pojawią się na ponad 70 skrzyżowaniach.
System będzie analizował ruch pojazdów, pieszych i rowerzystów oraz osób z ograniczoną mobilnością, co pozwoli lepiej dopasować sygnalizację świetlną do rzeczywistych warunków na drodze i poprawić bezpieczeństwo. Projekt obejmie także ulepszenia dla transportu publicznego oraz rozwiązania wspierające organizację ruchu i parkowanie – wyjaśnia miasto na swojej stronie.
Polska Agencja Prasowa precyzuje, iż piesi i rowerzyści zbliżający się do przejścia nie będą musieli wciskać przycisków. Jednocześnie skróci się czas czekania na zielone i wydłuży jego trwanie, tak aby każdy mógł zdążyć przejść na drugą stronę bez presji czasu. Priorytet otrzymają też pojazdy komunikacji miejskiej.
Pisząc o wystawie, którą można było oglądać na dworcu Łódź Fabryczna, wspominałem o opisanym na niej projekcie z Singapuru. Tam osoby starsze bądź osoby z niepełnosprawnościami przykładają kartę do czytnika i w ten sposób wydłużają czas zielonego światła. Rozwiązanie z Gliwic jest prostsze, a przez to lepsze. Nie trzeba się prosić, po prostu system sam rozpozna, iż skoro ktoś zbliża się do przejścia, to chce przejść. A przy tym rozumie, iż nie każdy porusza się tak samo.
Skoro już o gnębieniu mowa, to przecież przyciski przy przejściach dla pieszych są elementem upokarzania pieszych
Na dodatek działa to w cały świat. Na jednym skrzyżowaniu bez wciśnięcia zielone się nie zaświeci – w mojej okolicy trzeba wciskać zawsze – a w innych to pic na wodę.
– Przycisk, owszem, przyspiesza włączenie zielonego światła na przejściu. Aby tak się jednak stało, muszą zostać spełnione konkretne warunki – tłumaczył w 2022 r. „Gazecie Wrocławskiej” Marcin Obłoza z Urzędu Miejskiego Wrocławia.
Gazeta dodawała, iż „nie ma jednej reguły, jak wrocławska sygnalizacja reaguje na naciśnięcie przycisku przejścia dla pieszych”. I tak jest pewnie w wielu polskich miastach. Bądź mądry i pisz wiersze. Chociaż tyle dobrego, iż niektóre miasta rozważają ich demontaż, jak np. Olsztyn.
Pomijając już choćby ten absurd związany z (nie)działaniem. Po prostu nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat jedna grupa musi zażądać – choć raczej bardziej pasuje w tej sytuacji: nieśmiało zgłaszać chęć i potrzebę – przejścia, a druga ma drogę wolną. Bo im się należy. Bo tak. Bo oni muszą jeździć szybko, płynnie i sprawnie. Bo ich jest miasto.
Tyle iż nie.
Przecież to kierowcy mogą pozwolić sobie na czekanie. Siedzą, często w cieple, mają ochronę przed opadami i wiatrem. To pieszy powinien mieć zielone z marszu, a kierowcy dopiero jak przycisną.
O, to by dopiero było uczciwe. Ale u nas to słabszy ma się o siebie troszczyć, a mocny i silny jest uprzywilejowany. Nie mówcie więc o żadnym gnębieniu, bo to niepoważne.













