ETS2 – co to jest i ile zapłaci przewoźnik od 2028 roku? Tłumaczymy bez unijnego żargonu.

1 tydzień temu

Jest takie unijne rozporządzenie, które branża transportowa zna od lat z nazwy, ale rzadko rozumie w szczegółach. Gdy zapytać właściciela firmy przewozowej o ETS2, usłyszy się zwykle jedno z dwóch: albo „coś tam słyszałem, iż diesel będzie droższy”, albo „to jeszcze nie u nas, to dopiero za kilka lat”. Oba te zdania zawierają ziarno prawdy – i oba są jednocześnie niebezpiecznym uproszczeniem.

Diesel rzeczywiście będzie droższy. I owszem, system jeszcze nie działa – ale już nie jest za kilka lat. Jest za niecałe dwa. A firmy transportowe, które przygotowują się na tę zmianę dziś, będą w 2028 roku w zupełnie innym miejscu niż te, które zaczną liczyć koszty dopiero po tym, jak zostaną wbudowane w cenę na stacji.

Skąd się wziął ETS2 i czym różni się od ETS1?

Żeby zrozumieć ETS2, trzeba na chwilę cofnąć się do 2005 roku, kiedy Unia Europejska uruchomiła swój pierwszy system handlu emisjami – ETS1. Objął on elektrownie, huty, cementownie i inne duże instalacje przemysłowe. Zasada była prosta: jeżeli emitujesz CO, kupujesz uprawnienia. Im więcej emitujesz, tym więcej płacisz. Im droższe uprawnienia, tym bardziej opłaca się inwestować w czystsze technologie.

ETS1 działał przez dwie dekady – z różnym skutkiem, ale skutkiem mierzalnym. Emisje w sektorach nim objętych spadły. Problem polegał na tym, iż dwa z największych sektorów emisyjnych – transport drogowy i ogrzewanie budynków – pozostały poza systemem. Transport drogowy odpowiada w Europie za mniej więcej jedną piątą całkowitych emisji CO. W Polsce udział sektora transportu i budynków w emisjach przekracza 30 procent. Bez włączenia ich do systemu cel neutralności klimatycznej do 2050 roku pozostawałby na papierze.

ETS2 to odpowiedź na tę lukę. Przyjęty formalnie w maju 2023 roku jako część unijnego pakietu Fit for 55, rozszerza mechanizm handlu emisjami na dwa nowe sektory: transport drogowy i budynki. Docelowo ma obejmować około 75 procent całkowitych emisji państw Unii – tyle, ile ETS1 nigdy nie pokrył.

Jak to działa – mechanizm w trzech zdaniach

ETS2 nie jest podatkiem bezpośrednio nakładanym na kierowców ani na firmy transportowe. To ważne i często błędnie rozumiane rozróżnienie.

Obowiązkiem formalnym objęci są dostawcy paliw – rafinerie, hurtownie, importerzy – którzy muszą zakupić uprawnienia do emisji odpowiadające ilości CO wyemitowanej przy spalaniu sprzedanych przez nich paliw. Każde uprawnienie odpowiada jednej tonie CO. Dostawcy kupują je na aukcjach organizowanych przez Unię Europejską. Cena jednego uprawnienia kształtuje się rynkowo – zależy od popytu i podaży.

Dostawcy paliw, ponosząc koszt uprawnień, wbudowują go w cenę sprzedawanego oleju napędowego, benzyny i gazu. Ten koszt trafia więc do przewoźnika przy każdym tankowaniu – nie w formie osobnej faktury z napisem „opłata ETS2″, ale jako składnik ceny paliwa.

Mechanizm stabilizacyjny jest wbudowany od początku: jeżeli cena uprawnienia przekroczy 45 euro za tonę CO, Unia uwalnia na rynek dodatkowe uprawnienia, żeby zahamować gwałtowny wzrost. To zabezpieczenie przed scenariuszem, w którym spekulacja rynkowa winduje ceny ponad wszelkie prognozy.

Aktualna data wdrożenia: 1 stycznia 2028 roku

I tu ważna aktualizacja, bo w tej kwestii w mediach przez ostatnie dwa lata panował spory zamęt.

Pierwotnie ETS2 miał ruszyć 1 stycznia 2027 roku. Polska i kilka innych państw członkowskich naciskały na opóźnienie, wskazując na ryzyko skoku cen paliw i kosztów ogrzewania dla gospodarstw domowych w krajach, gdzie transformacja energetyczna przebiega wolniej. W lutym 2026 roku Parlament Europejski zagłosował 379 głosami do 248 za rocznym opóźnieniem. Aktualna, formalnie zatwierdzona data wdrożenia to 1 stycznia 2028 roku.

Polska zabiegała o przesunięcie aż do 2030 roku. Ten postulat nie przeszedł – Parlament Europejski sprzeciwił się dalszemu odsuwaniu reformy. Uzyskano natomiast zapowiedź rewizji zasad wdrożenia ETS2 do końca 2025 roku oraz wbudowanie klauzul przeglądowych, które dają możliwość korekty systemu w razie nadmiernych skutków ekonomicznych. To pewna elastyczność – ale nie gwarancja zmian.

Dla przewoźnika liczba, którą trzeba zapamiętać, jest prosta: do uruchomienia systemu pozostało niecałe dwa lata. To horyzont, który mieści się w jednej wymianie floty, jednym cyklu kontraktów frachtowych i jednej aktualizacji modelu finansowego firmy.

Ile dokładnie zdrożeje diesel?

To pytanie, na które różne źródła dają różne odpowiedzi – i warto zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

Cena uprawnienia ETS2 nie jest z góry ustalona. Będzie kształtować się rynkowo – jak każda cena na giełdzie – w zależności od tego, ile uprawnień zostanie wyemitowanych, jak duży będzie popyt i jakie sygnały polityczne dotrą z Brukseli. To sprawia, iż precyzyjna prognoza na 2028 rok jest niemożliwa. Możemy natomiast podać scenariusze kalkulowane przez instytucje, które to robią zawodowo.

Scenariusz bazowy (cena uprawnienia: 45 euro za tonę CO):

Według szacunków Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami (KOBiZE) oraz analizy KE, przy cenie uprawnienia na poziomie 45 euro diesel podrożeje o 35–55 groszy za litr w roku startu systemu. Benzyna – o kilkanaście groszy mniej ze względu na niższą emisyjność na litr. Diesel emituje więcej CO na litr niż benzyna, stąd wyższy koszt uprawnienia na litrze oleju napędowego.

Scenariusz pesymistyczny (cena uprawnienia: 112–259 euro za tonę):

Bardziej pesymistyczne raporty, na które powołuje się KOBiZE, zakładają scenariusze z ceną uprawnień znacznie powyżej mechanizmu stabilizacyjnego. Przy 259 euro za tonę wzrost ceny diesla mógłby sięgnąć równowartości 2 złotych na litrze. Mechanizm uwolnienia dodatkowych uprawnień powyżej 45 euro ma taki scenariusz tonizować – ale rynki finansowe mają swoje prawa i modele stabilizacyjne nie zawsze działają bez opóźnienia.

Co mówi niemiecka perspektywa:

Niemcy już w 2021 roku uruchomiły własny krajowy system cenowania emisji dla paliw, który wyprzedza ETS2. Dziś cena CO w tym systemie wynosi 55 euro za tonę, co przekłada się na około 0,147 euro na litrze diesla. To nie jest katastrofa dla transportu – jest odczuwalna, ale w granicach zarządzalności. Prognozy europejskie na 2035 rok mówią już o 0,55 euro za litr, co przy polskich cenach diesla oznaczałoby wzrost o ponad 2,50 złotego. W tym horyzoncie rozmowa o elektryfikacji floty zaczyna wyglądać inaczej niż przy obecnych cenach.

Ile to będzie kosztować firmę transportową rocznie?

Przełóżmy to na konkretny rachunek. Weźmy ciągnik siodłowy Euro 6 z przebiegu 120 000 km rocznie i średnim spalaniem 30 litrów na 100 km.

Roczne zużycie diesla: 36 000 litrów.

Przy wzroście ceny diesla o 50 groszy na litrze – dolny scenariusz dla pierwszego roku działania systemu:

Dodatkowy koszt: 18 000 złotych rocznie na jeden pojazd.

Przy flocie dziesięciu pojazdów: 180 000 złotych rocznie. To kwota, której nie ma w żadnych obecnych kalkulacjach frachtowych. I to właśnie jest problem, który branża transportowa musi zacząć adresować już teraz – zanim 2028 rok zaskoczy ją fakturą, której nikt nie zabudżetował.

Kto realnie zapłaci – i czy można to przerzucić na zleceniodawcę?

Formalnie – dostawca paliwa. Realnie – przewoźnik. A czy przewoźnik będzie mógł ten koszt przerzucić na zleceniodawcę, zależy od siły negocjacyjnej, długości kontraktów i struktury rynku frachtowego.

W transporcie kontraktowym – gdzie długoterminowe umowy określają stawki na rok lub dłużej – ceny frachtów ustalone dziś nie zawierają jeszcze kosztu ETS2. Firmy, które nie wbudują klauzuli paliwowej lub klauzuli emisyjnej do swoich umów przed 2028 rokiem, wezmą ten koszt na siebie w całości. Firmy, które dziś renegocjują kontrakty lub wpisują do nowych umów mechanizmy indeksacji kosztów paliwa, mają szansę go przenieść.

To samo dotyczy rynku spotowego – gdzie stawki frachtowe ustalane są na bieżąco i mogą w teorii absorbować zmiany kosztowe szybciej. W praktyce rynek spotowy jest rynkiem konkurencyjnym i cena emisji będzie wbudowywana stopniowo, razem z konkurencją.

Jedno jest pewne: firmy, które tego kosztu nie rozumieją i nie liczą, nie będą w stanie go zaadresować – ani po stronie własnych wyników, ani w rozmowie z klientem.

Co można zrobić już teraz?

Wyróżnijmy trzy rodzaje działań, które firma transportowa może podjąć przed 2028 rokiem, żeby zmniejszyć ekspozycję na koszt ETS2:

Zmniejszyć zużycie paliwa. To oczywiste, ale nieoczywiste w skali. Każdy litr zaoszczędzony na stu kilometrach to mniej uprawnień wbudowanych w cenę paliwa, które płaci firma. Inwestycja w szkolenia eco drivingu, telematykę stylu jazdy i aerodynamiczne wyposażenie naczep – to nie fanaberia dla wielkich korporacji, to rachunek, który przy ETS2 zwraca się szybciej niż bez niego.

Przejrzeć i zrenegocjować kontrakty frachtowe. Klauzule paliwowe powinny obejmować nie tylko cenę oleju napędowego, ale docelowo koszt uprawnień emisyjnych. To rozmowa, którą warto zacząć z klientami zanim zacznie ją narzucać rynek.

Rozważyć dywersyfikację napędu. Elektryczne ciężarówki i pojazdy na HVO (uwodorniony olej roślinny) są w systemie ETS2 traktowane korzystniej niż diesel – albo w ogóle nie są objęte obowiązkiem zakupu uprawnień. W horyzoncie 2028–2030 ten aspekt może przeważyć szalę decyzji flotowych dla tych, którzy dotąd siedzieli w fotelu obserwatora.

Zaplanować przepływ gotówki. To brzmi banalnie – ale wiele firm transportowych nie wie jeszcze, jak wyglądać będzie ich rachunek wyników w pierwszym roku działania ETS2. Wbudowanie tego kosztu do modelu finansowego i sprawdzenie, przy jakich stawkach frachtowych firma wychodzi na zero, to praca, którą warto wykonać z wyprzedzeniem, a nie pod presją.

Na koniec: rok oddechu, ale nie rok spokoju

Polska wynegocjowała przesunięcie o rok. To osiągnięcie – i dobrze, iż rząd o nie walczył. Ale to rok oddechu, nie rok spokoju. ETS2 nie został zablokowany, nie został przefasonowany, nie został zastąpiony czymś łagodniejszym. Został przesunięty o dwanaście miesięcy.

Dla firmy transportowej, która zrozumie mechanizm dziś i zacznie przygotowania w 2026 roku, te dwanaście miesięcy to cenny bufor. Dla firmy, która zacznie liczyć w grudniu 2027 – to za mało.

Diesel zdrożeje. O ile – zależy od rynku. Kiedy – od 1 stycznia 2028 roku. Co z tym zrobić – to jedyne pytanie, na które odpowiedź leży po stronie samego przewoźnika.

Idź do oryginalnego materiału