
Konflikt na Bliskim Wschodzie ma swoje reperkusje na całym świecie. My narzekamy na ceny paliwa, a w Korei Południowej trzeba zmieniać nawyki.
Zdarza mi się myślami wracać do zabawnego, a jednocześnie mrożącego krew w żyłach śmiesznego obrazka. Oto współczesny nam człowiek odbywa podróż do przeszłości. Spotyka młodego żołnierza, którego ubiór kojarzy mu się z wojną światową. Nie wie jednak, który dokładnie to konflikt, więc próbując ustalić przybliżoną datę, pyta wojaka, czy to jeszcze pierwsza wojna światowa, czy może już druga. Ten blednie słysząc, iż najwyraźniej na jednym wielkim konflikcie się nie skończy i niewykluczone, iż raz jeszcze każą mu pójść w kamasze. O ile tylko dożyje.
Trochę jak w innym niby-śmiesznym-a-jednak-smutnym obrazku. Kadr z „Simpsonów”, Bart mówi, iż to najgorszy dzień w jego życiu, po czym Homer brutalnie obdziera go ze złudzeń: „to najgorszy dzień w twoim życiu jak do tej pory”. Słowem, nigdy nie wiemy, co czai się za zakrętem, a całkiem prawdopodobne, iż źle to dopiero będzie.
Zastanawiam się, czy czasami nie jesteśmy jak ten żołnierz z pierwszego mema i jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z naszego nienajlepszego położenia. Być może za ileś lat, z bezpiecznej perspektywy, ktoś na chłodno spojrzy na wydarzenia dziejące się na naszych oczach i złączy to w jedną zgrabną całość, nadając konkretną nazwę, której teraz na wszelki wypadek wolimy nie wymawiać. Nie będą to tylko konflikty rozrzucone po globie, a coś znacznie większego, czego jeszcze nie potrafimy ogarnąć skalą i konsekwencjami. Oczywiście nie chcę straszyć ani popadać w być może niepotrzebny defetyzm, ale wystarczy rozejrzeć się, by stwierdzić, iż dobrze nie jest. I nie wiadomo, kiedy będzie.
Ot, choćby ten news z Korei Południowej, w której prezydent Li Dze Mjung nawołuje do wielkich oszczędności energii. Powód to wojna na Bliskim Wschodzie. Jak relacjonuje PAP, Korea Południowa importuje ok. 70 proc. ropy naftowej przez cieśninę Ormuz. Tymczasem gaz ziemny i ropa naftowa już dawno nie były tak drogie, więc nie pozostało Koreańczykom nic innego, jak zaciskać pasa.
50 koreańskich przedsiębiorstw zużywających najwięcej ropy zostało wezwanych do natychmiastowego ograniczenia jej wykorzystywania. Zwykli mieszkańcy powinni zaś wdrożyć praktyki oszczędnościowe. Mowa tu o krótszych prysznicach czy praniu i odkurzaniu tylko w weekendy. Wszelkie urządzenia elektroniczne i auta mają być ładowane w ciągu dnia.
Władze w Seulu ogłosiły opóźnienie planowanego zamknięcia trzech elektrowni węglowych i zwiększenie wykorzystania reaktorów jądrowych, by zmniejszyć zależność od LNG – podaje PAP, cytując agencję Yonhap.
W Słowenii zaś wprowadzono ograniczenia w sprzedaży paliwa. Decyzję wymusiło kupowanie na zapas – nie tylko przez mieszkańców, ale też kierowców z sąsiednich państw. W Słowacji z kolei podwyższono ceny oleju napędowego, ale wyłącznie dla cudzoziemców. Zarzut turystyki paliwowej padł pod adresem Polaków, którzy chcieli korzystać z okazji i tankować taniej niż na polskich stacjach.
To nie pierwszy konflikt, którego skutki odczuwane są tysiące kilometrów dalej, ale doniesienia ze świata brzmią trochę jak fragment rozdziału podręcznika historii, który dopiero zostanie napisany. Pytanie tylko, jak ta część książki zostanie nazwana.
Z drugiej strony mamy informacje o tym, iż konflikt na Bliskim Wschodzie zmieni urlopowe plany niektórych podróżnych
Dotychczas popularne kierunki są odradzane, a eksperci spekulują, iż chętniej wybieraną destynacją będzie np. Polska.
W sieci natknąć można się na poradniki wyjaśniające, iż wojna na Bliskim Wschodzie niekoniecznie musi oznaczać kres taniego podróżowania po świecie i przez cały czas są sposoby, aby wojaże nie nadszarpnęły budżetu. „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna” – można byłoby przytoczyć albo sparafrazować słynny cytat.
A niby cóż mamy począć, jeżeli nie mamy najmniejszego wpływu na tę czy inną zawieruchę. Można siąść i płakać, ale to nic nie zmieni, trzeba żyć dalej po swojemu. Pewnie tak. Jednak jakoś uderzył mnie kontrast tych doniesień.
Z jednej strony wielkie ograniczenia, nawoływania do zaciskania pasa i krążące widmo czegoś złego, a z drugiej: problemy turystów, którzy muszą modyfikować wakacyjne plany czy też groźby podwyżek ubrań popularnych marek. Oby tylko czytelnik przyszłego podręcznika historii nie łapał się za głowy widząc, czym się martwiono w 2026 r., nie dostrzegając łatwo łączących się kropek.
Zdjęcie główne: DiegoMariottini / Shutterstock











