W Chinach oślepłem od świateł. Planeta płonie, a oni jadą na całego

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Miałem okazję odwiedzić Chiny i miasto Shenzhen. To jeden wielki LED, który wręcz oślepia.

Byłem w dwóch miastach w Chinach – w kipiącym technologią Shenzhen ora spokojnym Xi’An. To pierwsze zrobiło na mnie kolosalne wrażenie, nie tylko swoim rozmachem, ale tym, iż nigdy nie jest tam ciemno. Miasto jest skąpane w świetle LED, bo każdy, ale to absolutnie każdy wieżowiec ma z nich iluminację. Pomyślcie o tym, gdy następnym razem będziecie doświadczali poczucia winy, bo zapomnieliście wyłączyć żarówkę w garderobie, przez co zużyliście więcej zasobów, które mają zły wpływ na naszą planetę.

Dźwigi, LED-y, lasery – tak wygląda Shenzhen

Sparafrazowałem kultowy kawałek muzyczny, ale doskonale opisuje to, co widać dojeżdżając do Shenzhen. To orgia światła. Z daleka widziałem lasery, które przecinały niebo. Dowiedziałem się, iż to normalne i wielu punktach miasta są organizowane pokazy laserowe, a samych wiązek używa się również do reklam i podświetlania wybranych punktów. Budynki płonęły od LED-ów, były w nich skąpane. Co więcej – choćby dźwigi, które budują kolejne wieżowce miały listwy LED. Wprawdzie ułatwiało to ich dostrzeżenie, ale przecież wystarczyłaby zwykła lampka sygnalizacyjna. Zresztą, samoloty i helikoptery i tak nie mogłoby zejść tak nisko, żeby zahaczyć o te dźwigi.

Moim ulubionym punktem było centrum miasta, w którym kilka/kilkanaście wieżowców miało synchronizowaną animację świetlną. Robiło to piorunujące wrażenie i czuję w kościach, iż to od początku chodzi. Shenzhen jest miastem, które jeszcze na początku 1980 r. miało zaledwie 30 tys. mieszkańców. Na terenach, gdzie dziś piętrzą się wieżowce, uprawiano ryż. W tym samym roku decyzją chińskich władz utworzono na części jego terenu specjalną strefę ekonomiczną, która miała napędzić gospodarkę. Szło tak dobrze, iż już w 2010 r. całe miasto zostało objęte strefą. Przybyły tu zachodnie i chińskie koncerny, port morski jest drugim najważniejszym w całych Chinach, a samo miasto stało się wizytówką Chin.

Gdybym miał porównać je do znanych miejsc, to powiedziałbym, iż to chińska Dolina Krzemowa. Start-upy wyrastają tu jak grzyby po deszczu, każda licząca się na rynku marka technologiczna ma tu oddział, a choćby centrum badań i fabryki. Według danych z 2019 r. więcej niż połowa z 500 największych globalnych firm prowadziła inwestycje w Shenzhen.

Tu wszystko jest ogromne – miejsca biblioteka ma powierzchnię 50 tys. mkw. Sale w dwóch teatrach mają pojemność po 1500 osób. Podobnie duże są sale filharmonii, parki miejskie, czy inne atrakcje. Na terenie miasta jest ponad 300 budynków o wysokości powyżej 150 m, w tym majestatyczny Ping An Finance Center, który jest piątym najwyższym budynkiem na świecie. Stałem na jego tarasie widokowym znajdującym się na wysokości 547,5 m i byłem zachwycony panoramą miasta i jego majestatycznością. Stałem tam w godzinach popołudniowych, dopiero mogłem obserwować zapalające się światła, ale z każdą minutą było ich coraz więcej i więcej. Podejrzewam, iż jakbym stał jeszcze z godzinę, to oślepłbym od świateł.

Takie miasto wizytówka nie może być ciemne. Musi być widoczne z daleka. I takie jest – choćby podczas startu samolotu widać ogromną rozświetloną plamę rozciągającą się na dwa tysiące kilometrów kwadratowych. Jak ją zasilić? Chińczycy postawili na kombinację prądu z elektrowni jądrowej, gazowych, węglowych, ale również tych z odnawialnych źródeł energii. Samo Shenzhen jest częścią Regionu Metropolitarnego Delty Perłowej Rzeki, czyli ogromnemu kompleksowi miast, które napędzają rozwój Chin. To okno na świat i demonstracja wszystkiego, co Chiny mają do zaoferowania światu, a mają coraz więcej. Bajecznie tani prąd sprawia, iż nikt nie patrzy na jego koszt, tylko organizuje pokazy świetlne, montuje kolejne LED-y, bo przekaz ma być jasny – tu bije gospodarcze serce Chin, to miasto nigdy nie śpi.

Chodziłem nocnymi ulicami Shenzhen, zaglądałem za budynki, które może wyglądały na mocno zaniedbane, ale jednocześnie wszędzie było jasno. Widziałem restauracje świecące się z daleka i punkty siekania warzyw, które również były oświetlone mocnymi lampami. Byłem rybą pływającą rzeką światła. Na swój sposób było to magiczne doświadczenie, ale jednocześnie przerażające. Gdybym odpalił takie światła w Warszawie, to pobliskie elektrownie wybuchłyby od nadmiaru zapotrzebowania na prąd. Podczas gdy my w Europie zastanawiamy się nad zanieczyszczeniami sztucznym światłem, o jego wpływie na ludzki organizm i tym ile to kosztuje, to w Chinach ktoś włącza kolejną instalację, a w drugiej ręce trzyma przewód od kolejnej. Nie da się z tym wygrać, nie da się tego porównać do czegokolwiek. To doznanie z innego świata, świata, w którym nasze oczy są wystawione na nieustanne bodźce.

Co interesujące – pomimo ogromnego zaludnienia i liczby samochodów przekraczających ludzkie pojęcie – powietrze jest czyste, bo Chińczycy podjęli odpowiednie kroki wyprzedzające. Na ulicy jest zatrzęsienie samochodów elektrycznych i hybrydowych, elektrownie produkują czysty prąd, a najwięksi potencjalni truciciele – jak fabryki, mają założone odpowiednie filtry na kominach. To jest wręcz niewiarygodne jak w tak dużym mieście brakuje smogu i zapachów, które zwyczajowo towarzyszą takim aglomeracjom.

Wspomnę tylko, iż wszystkie zdjęcia i nagrania użyte w artykule powstały przy użyciu Honora Magic 8 Pro. O nim jeszcze porozmawiamy, bo naprawdę warto.

Idź do oryginalnego materiału