Rusza program dopłat na KAŻDE auto elektryczne. Dlaczego nie może być tak w Polsce?

2 godzin temu
Niemiecki rząd właśnie odpalił bombę, która zelektryzuje rynek motoryzacyjny w całej Europie. Od 2026 roku nasi zachodni sąsiedzi ruszają z nowym programem wsparcia, w którym dopłaty do samochodów elektrycznych sięgną choćby 6000 euro. To jednak nie jest zwykła kontynuacja starych przepisów. Berlin całkowicie zmienia zasady gry, stawiając na portfele obywateli, a nie na cenę samego auta. Efekt? Podatnicy mogą dorzucić się komuś do zakupu limuzyny wartej niemal milion złotych.


To największa rewolucja w tym programie. Niemcy odchodzą od sztywnych dopłat dla wszystkich i wprowadzają system oparty na dochodach gospodarstwa domowego. Aby zgarnąć pełne 6000 euro (25 tys. zł) na auto elektryczne (BEV) lub 4500 euro (19 tys. zł) na hybrydę plug-in (PHEV), trzeba spełnić określone kryteria socjalne.

Maksymalne wsparcie zarezerwowano dla rodzin z co najmniej dwójką dzieci, których roczny dochód do opodatkowania nie przekracza 45 tys. euro. Program jest jednak skrojony pod klasę średnią i progi dochodowe sięgają choćby 90 tys. euro rocznie dla rodzin z dziećmi.

Szacuje się, iż na dotacje może załapać się choćby połowa wszystkich prywatnych nabywców nowych aut w Niemczech. Budżet? Imponujące 3 miliardy euro z Funduszu Klimatu i Transformacji.

BMW i7 z państwową zniżką?


To najbardziej kontrowersyjny punkt nowych przepisów. W poprzednich edycjach programu istniał limit ceny auta, więc drogie, luksusowe zabawki były wyłączone z dopłat. W 2026 roku ten limit znika. Co to oznacza w praktyce?

Jeśli tylko nabywca mieści się w widełkach dochodowych, może ubiegać się o dopłatę choćby do flagowych modeli. Na liście potencjalnych beneficjentów lądują takie potwory jak BMW i7 M70 xDrive, które kosztuje w Niemczech ponad 180 tys. euro, czy potężne BMW iX M70.

Choć budzi to sprzeciw części opinii publicznej, która nie chce, by z ich podatków finansowano luksusowe limuzyny, rząd twardo trzyma się planu: ma być więcej elektryków na drogach, niezależnie od ich segmentu.

Co interesujące Niemcy nie zapominają też o hybrydach, ale stawiają im twarde warunki. Aby hybrydy plug-in załapały się na pieniądze, muszą emitować maksymalnie 60 g CO2 na kilometr lub przejeżdżać na samym prądzie minimum 80 km. W te widełki idealnie wpasowują się nowe modele bawarskiej marki jak choćby BMW X5 xDrive50e czy najnowsza seria 5.

Ale uwaga: to tylko okres przejściowy. Od lipca 2027 roku rząd planuje skończyć z patrzeniem na dane katalogowe. Urzędnicy chcą sprawdzać realne zużycie paliwa i emisję spalin, by promować tych, którzy faktycznie ładują swoje auta z gniazdka, a nie tylko wożą ciężkie baterie jako "balast" dla korzyści podatkowych.

Przykład dla Polski?


Program obejmuje auta zarejestrowane po 1 stycznia 2026 roku. Co ważne, proces został uproszczony do minimum i wniosek składa się tylko raz, już po rejestracji pojazdu.

Trzeba jednak pamiętać o "bezpieczniku": auto musi pozostać w rękach pierwszego właściciela (lub leasingobiorcy) przez minimum 36 miesięcy. To jasny sygnał dla handlarzy, iż państwo nie będzie finansować szybkiego eksportu dotowanych aut za granicę zaraz po zakupie.

Niemcy liczą, iż dzięki 3 miliardom euro na drogi wyjedzie około 800 tysięcy nowych pojazdów niskoemisyjnych.

To interesujący przykład dla Polski, bo nad Wisłą kończą się już pieniądze na finansowanie obecnego programu "NaszEauto" i na razie nie zapowiada się, żeby w tym roku miała wkroczyć kolejna inicjatywa promująca elektromobilność i zakładająca dopłaty.

Może jednak ustawodawca zechce łaskawym okiem spojrzeć na pomysły za Odrą, bo budżet 14 miliardów złotych i estymacja na 800 tysięcy nowych pojazdów niskoemisyjnych na drogach to naprawdę potężna zmiana.

Idź do oryginalnego materiału