Pół wieku temu w „Motorze” – przeglądamy wydanie nr 27 z 1976 r.

1 dzień temu

W numerze 27 „Motoru” z 1976 r. redakcja zebrała tematy z różnych obszarów motoryzacyjnej rzeczywistości: od wiecznych problemów z jakością obsługi w warsztatach – jak się okazywało, nie tylko w Polsce – przez opisane z felietonowym zacięciem kłopoty z naprawami blacharsko-lakierniczymi po nerwy za kierownicą i parkowanie bez wyobraźni. Nie zabrakło też pozytywnego akcentu: optymistycznych doniesień z 48. Międzynarodowych Targów Poznańskich.

Na okładce pierwszego wakacyjnego „Motoru” – jeden ze stałych elementów okładkowego repertuaru: dziewczyna i… tym razem jednak nie samochód, ale jednoślad. A w środku – sporo tematów „z życia wziętych”.

Nie jesteśmy sami…

Wszyscy, którzy narzekali na jakość obsługi w krajowych warsztatach, mogli w pewnym sensie… poczuć się lepiej. Problem z rzetelnością serwisów obecny był na wielu rynkach, także tych kapitalistycznych, funkcjonujących w warunkach dużej konkurencji. Za przykład podawano USA, gdzie senator Philip Hart przytaczał dane, z których wynikało, iż tamtejsi kierowcy za źle wykonane lub choćby zbyteczne usługi płacą od 8 do 10 miliardów dolarów rocznie. A zdaniem pracowników biura Virginii Knauer, będącej doradczynią prezydenta USA Geralda Forda do spraw ochrony konsumentów, to właśnie skargi na niesolidność napraw samochodów znajdują się na pierwszym miejscu długiej listy zażaleń amerykańskich obywateli.

Bilans jest dodatni

Ten optymistyczny tytuł dotyczył ekspozycji naszego rodzimego przemysłu podczas 48. Międzynarodowych Targów Poznańskich. Dominowała zasada: co w produkcji, to na stoisku. Idea targów polegała wówczas na zaprezentowaniu oferty partnerom zagranicznym i służyła nawiązywaniu kontaktów handlowych, dlatego na stoisku FSM prezentowano Polskie Fiaty 126p w wersji eksportowej. Dostosowano je do wymagań rynku Republiki Federalnej Niemiec. Uznano przy okazji, iż ekspozycja jest świadectwem wszechstronności i prężności naszego przemysłu motoryzacyjnego. Oferowano bowiem pełen przekrój pojazdów – od motorowerów i motocykli przez wózki elektryczne, przyczepki, silniki, samochody osobowe, dostawcze po ciężarowe i autobusy.

Czy będzie jak nowy? Blacharz pilnie potrzebny

W bardzo życiowym materiale „Motor” przyglądał się problemowi napraw blacharsko-lakierniczych. Punktem wyjścia była sytuacja znana wielu kierowcom: pierwsza stłuczka, samochód wyglądający jak „ciężki kaleka” albo „nieboszczyk prawie” i nadzieja, iż po wizycie u blacharza znów zacznie przypominać normalne auto.

Autor opisał kilka scenek z warsztatów. Do jednego z nich trafiała zadbana z zewnątrz Syrena, mocno uderzona przodem. Właściciel widział w uszkodzeniach przede wszystkim maskę i błotnik, które „jakoś da się wyklepać”. Fachowiec patrzył na to inaczej: zamiast szybkiej kosmetyki zapowiadała się poważniejsza robota, co najmniej dwutygodniowy postój i rachunek liczony w tysiącach złotych. Planowany wyjazd nad morze trzeba było więc odłożyć albo zamienić na inny środek transportu.

Podobnie wyglądały historie właścicieli samochodów zachodnich i Zastavy 750. Klienci chcieli szybkiej naprawy, najlepiej „na przyszły tydzień”, ale warsztaty nie miały części, terminów ani ludzi. W przypadku aut zagranicznych problemem była dostępność elementów nadwozia, przy starszych lub mocno skorodowanych samochodach – sam stan blachy. Autor z przekąsem zauważał, iż czasem durszlak kuchenny miał lepszą blachę niż samochód czekający na naprawę.

Tekst nie był jednak tylko zbiorem anegdot. „Motor” pokazywał szerszy problem: wraz z rozwojem motoryzacji rosła liczba kolizji i stłuczek, ale sieć warsztatów blacharsko-lakierniczych nie nadążała za potrzebami. Brakowało fachowców, młodych ludzi chętnych do pracy w trudnym zawodzie oraz szkół przygotowujących blacharzy nadwoziowych. Według autora kilka działających placówek to było zdecydowanie za mało jak na potrzeby coraz bardziej zmotoryzowanego społeczeństwa.

Osobnym kłopotem była biurokracja utrudniająca otwieranie prywatnych warsztatów. W efekcie naprawa samochodu po stłuczce stawała się nie tylko problemem technicznym, ale też organizacyjnym: trzeba było znaleźć dobrego rzemieślnika, zdobyć części, odczekać swoje i pogodzić się z kosztami. Puenta była więc prosta: jeżeli komuś udawało się wyjechać z warsztatu samochodem, który wyglądał jak nowy, naprawdę miał powód do radości.

Jak nie stracić nerwów na drodze

W artykule o nieco poradnikowym charakterze „Motor” opisał problem, który wcale się nie zestarzał: nerwy za kierownicą. Redakcja przypominała, iż wiele wypadków wynika nie tylko z braku umiejętności czy złego stanu technicznego pojazdu, ale też z chwilowego zdenerwowania, zniecierpliwienia albo złości, które popychają kierowców do zachowań, jakich w spokojnym stanie nigdy by nie podjęli.

Najmocniejszy był przytoczony przykład nocnego zderzenia dwóch samochodów. Ciężko ranny młody kierowca tłumaczył później, iż jadący z przeciwka oślepiał go światłami drogowymi i nie reagował na prośby o zmianę świateł na mijania. Zdenerwowało go to tak bardzo, iż — jak sam przyznał — umyślnie wjechał w drugi samochód. „Motor” komentował bez ogródek: to nie była już zwykła utrata nerwów, ale niebezpieczna, „zabójcza i samobójcza wściekłość”.

Dalej tekst przechodził do konkretnych rad. jeżeli kierowca trafi na drodze na kogoś nerwowego, złośliwego albo szukającego zaczepki, powinien przede wszystkim unikać eskalacji. choćby gdy formalnie ma pierwszeństwo, lepiej ustąpić i pozwolić takiemu kierowcy odjechać. Redakcja zachęcała też do analizowania własnej techniki jazdy, zwłaszcza jeżeli komuś zbyt często zdarzały się kolizje albo sytuacje bliskie wypadku.

Bardzo rozsądnie brzmiała również rada, by nie wsiadać za kierownicę w stanie silnego zdenerwowania, jeżeli tylko można tego uniknąć. „Motor” proponował krótki spacer, ochłonięcie i próbę przemyślenia przyczyn napięcia. jeżeli jazdy nie dało się przełożyć, należało świadomie zwolnić — na znanej drodze zamiast 75 km/h jechać 60 albo 50 km/h — i utrzymywać większy niż zwykle odstęp od poprzedzającego pojazdu.

Puenta? W „ciężkie, nerwowe dni” trzeba zachowywać się za kierownicą szczególnie uprzejmie i z większym samoopanowaniem, choć właśnie wtedy jest to najtrudniejsze. Ta rada sprzed pół wieku spokojnie mogłaby trafić także do dzisiejszego poradnika o bezpiecznej jeździe.

Samo życie

Na koniec – krótka notka o kolejnym problemie, który z dzisiejszej perspektywy można spokojnie uznać za ponadczasowy: parkowaniu bez wyobraźni, z lekceważeniem przepisów i bez troski o innych użytkowników dróg.

Wszystkie ilustracje pochodzą z archiwalnego „Motoru” nr 27/1976.

Idź do oryginalnego materiału