Po raz pierwszy z nazwiskiem „Hulot” zetknąłem się czytając Pana Samochodzika. W którymś tomie (tytułu nie pomnę, ale z pewnością ktoś zaraz przytoczył) przedstawia się takim fałszywym nazwiskiem. Już wtedy wydawało mi się dziwne, a potem – gdy dowiedziałem się jak to należy wymawiać – jeszcze dziwniejsze. Jak ktoś mógł uwierzył w takie nazwisko rdzennie prasłowiańskiego Pana Tomasza (o subnordyckim typie urody, to akurat pamiętam iż z „Uroczyska”)?
Podejrzewam w każdym razie, iż „Wakacje pana Hulot” Jacquesa Tati silnie zainspirowały Nieniackiego zwłaszcza przy wyobrażaniu sobie Wehikułu. Za sprawą ekranizacji moje pokolenie wyobraża go sobie głównie na wzór Volkswagena Typ 166 „Schwimmwagen”, ale podejrzewam, iż pisarz kierował się estetyką wehikułu pana Hulot (pasuje do literackich opisów, typu „skrzyżowanie czółna z namiotem”!).
Z wikipedii dowiedziałem się, iż był to samochód marki Salmson. Jak wiecie, fascynuje mnie teoria i praktyka Porażki, zafrapowała mnie więc historia tej firmy – zaczynała skromnie od robienia pomp, potem weszła w motoryzację i lotnictwo, aby po serii porażek wrócić do pomp.
Historia Jacquesa Tati wygląda podobnie. Po serii udanych niskobudżetowych komedii zrealizował w końcu wysokobudżetową, która go zrujnowała. Do końca życia się nie wykaraskał z finansowych skutków tej superprodukcji, jego filmu wypadły z obiegu, dopiero niedawno udało się je zdigitalizować.
Z przyjemnością sobie je odświeżyłem po latach (moje poprzednie zetknięcie było jeszcze za komuny). Jako nauczyciel, wszędzie widzę opinie i orzeczenia, nie mogę się więc powstrzymać przed myślą, iż w gruncie rzeczy to są komedie o spektrum.
Oczywiście, w tamtych czasach jeszcze nikt nie miał autyzmu (wszak nie wynaleziono jeszcze szczepionek!). Pan Hulot jest hipsterem-prekursorem, zanim to się zrobiło mainstreamowe. Zachowuje się jak duże dziecko, nie rozumie intencji dorosłych, nie umie czytać emocji. Komizm często polega na tym iż on nie dostrzega czegoś oczywistego dla widza.
Do rzeczy niepojętych dla Hulot należy Kult Nowoczesności. Hulot zdaje się najlepiej czuć w przestarzałej Francji ciasnych zaułków, starych ruder i malutkich knajpek „Chez Margot”. Wszystko to ma być wyburzone, żeby ustąpić Przyszłości. To właśnie dekoracje futurystycznej dzielnicy pokazanej w „Playtime” zrujnowały twórcę.
Nowoczesność pokazana jest tutaj jako piekło, które ludzie sami sobie gotują nie wiadomo po co. Jakby chcieli stać w korkach i mieć ogłuszającą paradę samochodów pod oknem, siedzieć na niewygodnych meblach w dysfunkcjonalnych pomieszczeniach, używać hałaśliwych machin, które niby mają coś upraszczać, a tylko przeszkadzają.
Część akcji „Playtime” dzieje się w szklano-aluminiowym hotelu, w którym wiszą reklamy innych hoteli tej sieci. „Visit Mexico!” „Visit Hawaii!” „Visit London!”. Na każdym zdjęciu identyczny budynek, tyle iż doklejono stereotypowego Meksykanina czy londyńskiego policjanta.
Oglądam to z mieszanymi uczuciami (i pewnie takie były intencje twórcy). Z jednej strony, oczywiście ja też hejtuję nowoczesność. Gdy stoję przed kaucjomatem, wpłatomatem czy zniczomatem, czuję się bezradny jak Hulot w futurystycznej kuchni swojej siostry.
No ale z drugiej sam na przykład lubię sieciowe hotele, które wszędzie są jednakowe (bo lepszy brak niespodzianek od złych niespodzianek). No i oczywiście bezgranicznie kocham samochody. W filmach Tati niby są pokazywane jako źródło utrapień, ale jednak w długich zmysłowych ujęciach, niczym porno dla petrolheadów. W dodatku nienaturalnie dużo mamy tu samochodów amerykańskich i to tak pięknych jak Chevrolet Bel Air ‘1957.
Obsesja motoryzacyjna splata mi się tu z innym moim konikiem, jakim jest tropienie momentu, gdy Europa zachodnia uciekła wschodniej. Kiedy czytaliśmy powiedzmy „Mikołajka”, widzieliśmy w nim jeszcze jakieś odzwierciedlenie naszego dzieciństwa, ale w latach 80. już było widać, iż żyjemy w innych epokach. Nasi rówieśnicy w zachodnich filmach już mieli wtedy domowe komputery podłączone do globalnej sieci i hakowali wojskowe serwery zapobiegając wojnie termonuklearnej. To się nie przekładało na dzieciństwo w PRL, choćby jak ktoś miał timeksa z peweksu.
Szczególnie wyraźnie widać to właśnie w motoryzacji. W latach 50. moskwicze, skody czy wartburgi są podobne do oferty volvo, fiata czy peugeota. Tylko amerykańskie samochody wyglądały wtedy jak z innej planety. Socjalistyczna motoryzacja grzęźnie gdzieś w połowie lat 70. i najtańszy volkswagen zaczyna być atrakcyjniejszy od flagowych produktów bloku radzieckiego. W roku 1960 kwestia „fiat czy moskwicz?” nie było jeszcze oczywista (Lem chętnie uczestniczył w takich rozmowach), ale w 1980 już nie ma o czym gadać (za to amerykańska motoryzacja spada z piedestału).
Cztery filmy z panem Hulot pochodzą z lat 1953-1971, w tym pierwszym jeszcze widać ślady powojennej biedy i mógłby podobnie wyglądać w Polsce. Ten czwarty dzieje się już w Europie Zachodniej oplecionej siecią autostrad i gnającej nimi coraz prędzej nie wiadomo po co.
I ostatnia refleksja – dopiero teraz zauważyłem, jak silny wpływ Jacques Tati wywarł na polskie komedie, zwłaszcza te kultowe, antysystemowe. „Miś”, „Brunet wieczorową porą” i (zwłaszcza) „Rejs” czerpią z pana Hulot pełnymi garściami. Szczątkowa fabuła nie ma sensu, jest tylko pretekstem do serii gagów. Niekoniecznie bardzo wyszukanych, czasem chodzi o to, iż ktoś się chce uprzejmie ukłonić i dupą strąca bezcenną wazę z epoki Ming, ha ha. U Barei też jest trochę slapstiku i humoru od czapy (np. cameo Sherlocka Holmesa w „Alternatywy 4”). U Tati też nie wszystko jest krytyką kapitalizmu.
Ogólnie więc polecam, jeżeli ktoś nie ma lepszego pomysłu na wieczór.

2 tygodni temu













