Mazda CX-5 2026 – majówka, której nie było, czyli SUV do prawdziwego życia

1 godzina temu

Samochód można sprawdzać na wiele sposobów. Można zabrać go na drogi wijące się między wzgórzami, z pięknym hotelem w tle, w towarzystwie idealnie zaplanowanej prezentacji i równie idealnie przyciętych kadrów. Można też pozwolić, by prawdę o sobie powiedział dopiero wtedy, gdy zamiast serpentyn pod Barceloną dostaje parking pod marketem budowlanym, rodzinny kurs pod Warszawę, kilka domowych spraw do załatwienia i długi weekend, który miał być wyjazdowy, ale jak to w życiu bywa – życie samo napisało scenariusz.

I właśnie w takim scenariuszu trafiła do mnie najnowsza Mazda CX-5.

Co ciekawe, z tym autem miałem spotkać się już wcześniej, podczas pierwszych jazd w marcu w Barcelonie. Plan był piękny, pogoda prawdopodobnie też, trasy pewnie wybrane tak, żeby nowa CX-5 mogła pokazać się od tej swojej najbardziej „mazdowej” strony. Tyle iż mój wyrostek robaczkowy uznał, iż ma inne plany. Skutecznie uniemożliwił mi wyjazd, a ja zamiast hiszpańskich dróg miałem atrakcje zdecydowanie mniej motoryzacyjne.

Mazda jednak o mnie nie zapomniała. I może właśnie dlatego, iż wtedy się nie udało, na początku maja podstawiła mi świeżutki egzemplarz prosto z centrali w Niemczech. Auto niemal pachnące nowością, gotowe na długi weekend. Ja też byłem gotowy. Przynajmniej teoretycznie.

Mieliśmy ruszyć w trasę. Skoro majówka, skoro nowa CX-5, skoro SUV, skoro bagażnik, wygoda, rodzina i kilka wolnych dni – aż prosiło się o jakiś porządny wyjazd. Ale po krótkiej rodzinnej naradzie wygrał plan dużo bardziej przyziemny. Zostajemy na miejscu, ogarniamy dom, kończymy remont, przewozimy rzeczy, jedziemy do marketu budowlanego, odwiedzamy rodzinę pod Warszawą. Czyli zamiast pocztówkowej przygody wyszedł klasyczny polski długi weekend.

I wiecie co? Dla Mazdy CX-5 to chyba choćby lepiej.

Bestseller nie bez powodu

CX-5 to dla Mazdy samochód szczególny. Nie tylko kolejny SUV w gamie, ale absolutny filar sprzedaży, ich powersales, bestseller i model, który od lat przyciąga klientów szukających czegoś pomiędzy rozsądkiem a emocjami. To auto z tych, które nie muszą krzyczeć, żeby być zauważone. Nie udaje sportowego coupe na szczudłach, nie próbuje być siedmioosobowym autobusem, nie ma ambicji bycia technologicznym manifestem za wszelką cenę. CX-5 od początku była Mazdą dla ludzi, którzy chcą mieć jeden samochód do wszystkiego, ale nie chcą przy tym rezygnować z przyjemności jazdy i ładnego przedmiotu przed domem.

Nowa generacja kontynuuje tę filozofię, tylko robi to dojrzalej. Mazda podkreśla, iż to trzecia generacja modelu, a sama CX-5 od debiutu w 2012 roku przekroczyła globalnie poziom pięciu milionów egzemplarzy produkcji i sprzedaży. To trzeci model Mazdy w historii, który osiągnął taki wynik, po Maździe 323 i Maździe3. Brzmi jak marketingowy akapit z presskitu, ale w praktyce mówi jedno: tego auta nie projektuje się w próżni. Tu każdy ruch musi być przemyślany, bo CX-5 ma za sobą ogromną bazę wiernych użytkowników. 

I to w nowym modelu czuć. Mazda nie wywróciła stołu. Raczej przesunęła kilka ważnych rzeczy tam, gdzie powinny być.

Wygląd: znajoma sylwetka, więcej pewności

Na pierwszy rzut oka nowa CX-5 przez cały czas jest sobą. Nie ma tu rewolucji w stylu „spalmy wszystko i zacznijmy od nowa”. Mazda bardzo pilnuje swojej tożsamości wizualnej, a język Kodo przez lata stał się czymś więcej niż tylko ładnym hasłem z prezentacji. Te auta mają swój rytm, proporcje i charakterystyczną miękkość linii, która sprawia, iż choćby SUV nie wygląda jak klocek.

Nowa CX-5 jest jednak większa i bardziej masywna. W presskicie Mazda pisze o koncepcji „Wearable Gear”, czyli czymś w rodzaju funkcjonalnego, stylowego elementu codzienności. Auto ma pasować do miasta, rodziny, aktywnego życia, ale bez przesadnego napinania muskułów. I jest w tym coś trafnego, bo CX-5 faktycznie wygląda jak sprzęt do życia, a nie do robienia wrażenia pod restauracją.

Przód jest bardziej zdecydowany, z wyżej poprowadzonym nosem i mocniejszą postawą. Z tyłu pojawia się duży napis MAZDA zamiast tradycyjnego znaczka, co nadaje autu bardziej współczesny, trochę bardziej premium charakter. Homura, czyli topowa wersja, dokłada do tego czarne akcenty, 19-calowe felgi i bardziej sportową prezencję. Nie jest agresywna, ale ma w sobie tę przyjemną pewność siebie, którą lubię w japońskim projektowaniu. Bez krzyku, bez udawania, bez doczepionych pseudo-dyfuzorów wielkości małego tarasu.

W moim majówkowym użytkowaniu ten wygląd miał jeszcze jedną zaletę: CX-5 nie jest autem, którym boimy się podjechać pod market budowlany. Są SUV-y, które wyglądają tak luksusowo, iż wrzucenie do nich worka ziemi, listew, farby albo kartonu z armaturą powoduje wewnętrzny ból. Mazda wygląda elegancko, ale praktycznie. Jak ktoś, kto założył dobrą kurtkę, ale nie będzie płakał, gdy trzeba pomóc przenieść szafkę.

Więcej miejsca, czyli najważniejsza zmiana

Największą zmianę czuć jednak nie wtedy, gdy patrzymy na samochód, ale gdy zaczynamy z niego korzystać. Nowa CX-5 urosła. Ma 4690 mm długości, 1860 mm szerokości bez lusterek, 1695 mm wysokości i rozstaw osi 2815 mm. W stosunku do poprzednika Mazda wydłużyła rozstaw osi aż o 115 mm, co przełożyło się przede wszystkim na wnętrze. 

To nie są puste milimetry. Z tyłu jest wyraźnie przestronniej. Mazda podaje, iż pasażerowie drugiego rzędu zyskali więcej miejsca na kolana i nad głową, a otwory tylnych drzwi poszerzono o 70 mm. To brzmi technicznie, ale w codziennym życiu oznacza mniej gimnastyki przy wsiadaniu, łatwiejsze pakowanie dzieci, wygodniejsze wkładanie fotelika i ogólnie mniejsze poczucie, iż SUV jest przestronny tylko na folderze.

W moim przypadku doceniłem to przy zwykłym, domowym krzątaniu się. Wsiadanie, wysiadanie, przekładanie rzeczy, podjechanie tu, potem tam, szybka wizyta u rodziny, zakupy, kolejne pakowanie. To są te momenty, w których ergonomia albo zaczyna pracować na naszą korzyść, albo zaczyna irytować. CX-5 należy do tej pierwszej grupy. Nie trzeba się z nią siłować.

Bagażnik również urósł i to znacząco. Według danych Mazdy ma teraz 583 litry pojemności przy rozłożonych siedzeniach i aż 2019 litrów po złożeniu tylnej kanapy. Co ważne, kanapa dzieli się w proporcji 40:20:40, więc można przewieźć coś dłuższego i przez cały czas zachować dwa miejsca dla pasażerów. 

To jest detal, który uwielbiam, bo życie rzadko układa się w konfiguracji „albo ludzie, albo bagaż”. Czasem trzeba przewieźć listwy, narty, wędkę, mały mebel, karton z czymś długim i kompletnie nieporęcznym, a jednocześnie nie wysadzać połowy rodziny na chodnik. Mazda to rozumie.

Wnętrze: ciszej, przestronniej, bardziej cyfrowo

Wnętrze nowej CX-5 jest spokojne. Mazda od lat idzie własną drogą i choćby gdy wprowadza duże ekrany, nie robi z kabiny salonu gier. Tu przez cały czas najważniejsze jest poczucie porządku, horyzontalna linia deski rozdzielczej, przyjemne materiały i wrażenie, iż ktoś zaprojektował to dla człowieka, a nie dla prezentacji PowerPointa.

W nowej generacji mocniej widać cyfryzację. W zależności od wersji mamy centralny ekran dotykowy o przekątnej 12,9 cala albo – w Homurze – 15,6 cala. Do tego dochodzą cyfrowe zegary 10,25 cala. W polskim cenniku system Google Automotive jest standardem we wszystkich wersjach, podobnie jak dotykowy ekran centralny, CarPlay i Android Auto oraz nawigacja Google Maps. 

To duża zmiana dla Mazdy, bo marka przez lata była jednym z ostatnich bastionów pokrętła i ograniczonego dotykania ekranu podczas jazdy. Teraz idzie bardziej w stronę współczesnych przyzwyczajeń użytkowników. Google built-in daje Mapy Google, Asystenta Google i dostęp do aplikacji z Google Play. W presskicie Mazda wspomina też o przyszłej integracji Gemini, która ma pojawić się później w produkcyjnych autach i aktualizacjach oprogramowania. 

Jako użytkownik Apple oczywiście od razu patrzę na CarPlay. Działa, jest, nie trzeba kombinować. Ale sama obecność Google w aucie ma sens. Nawigacja, wyszukiwanie miejsc, aktualne informacje o ruchu – to są rzeczy, które Google robi po prostu bardzo dobrze. I o ile Mazda chce przyciągać ludzi, którzy wsiadają do auta z przyzwyczajeniami wyniesionymi ze telefona, to jest to adekwatny kierunek.

Czy tęsknię trochę za dawnym, bardziej analogowym podejściem Mazdy? Tak. Lubiłem ten upór, iż nie wszystko musi być ekranem. Ale rozumiem też, iż rynek poszedł dalej. Najważniejsze, iż Mazda nie zgubiła po drodze swojej elegancji.

Silnik: spokojna siła zamiast turbo-spektaklu

Pod maską nowej CX-5 pracuje benzynowy silnik 2.5 e-Skyactiv G wspierany układem mild hybrid 24V. Ma 141 KM i 238 Nm momentu obrotowego, współpracuje z 6-biegową automatyczną skrzynią i jest dostępny z napędem na przednie koła albo AWD. 

Na papierze 141 KM w SUV-ie tej wielkości nie brzmi jak zapowiedź fajerwerków. I dobrze, bo to nie jest auto od fajerwerków. Mazda konsekwentnie stawia na wolnossący silnik, liniową reakcję na gaz i brak turbodziury. W czasach, gdy wielu producentów wciska do wszystkiego małe turbodoładowane jednostki, Mazda przez cały czas idzie swoją drogą. Można to lubić albo nie, ale trudno odmówić temu konsekwencji.

W praktyce CX-5 jeździ spokojnie, przewidywalnie i bardzo naturalnie. Przyspieszenie do 100 km/h wynosi 10,5 s dla wersji FWD i 10,9 s dla AWD, więc nie ma mowy o sportowych emocjach. Ale w codziennym ruchu nie czułem, iż auto jest ospałe. Ważniejsze od samej liczby koni jest to, jak silnik reaguje na gaz w dolnym i średnim zakresie obrotów. Mazda podkreśla, iż większa pojemność zastąpiła wcześniejszą jednostkę 2.0 i poprawiła moment obrotowy w realnie używanym zakresie, szczególnie do około 4000 obr./min. 

I to ma sens. W majówkowym scenariuszu, między miastem, obwodnicą, krótkimi trasami i załadowanym bagażnikiem, CX-5 nie potrzebowała udowadniać, iż jest szybka. Miała ruszać płynnie, nie szarpać, nie męczyć i nie prowokować do nerwowej jazdy. Dokładnie to robiła.

Skrzynia 6AT też pasuje do tego charakteru. W świecie 8-, 9- i 10-biegowych automatów sześć przełożeń może brzmieć staromodnie, ale Mazda ma w tym pewien oldschoolowy urok. Zamiast nieustannego żonglowania biegami dostajemy spokojną, czytelną pracę. To nie jest przekładnia, która chce za wszelką cenę oszczędzić każdą kroplę paliwa kosztem komfortu. Ona po prostu robi swoje.

Według polskiego cennika średnie zużycie WLTP wynosi 7,3 l/100 km dla FWD i 7,7 l/100 km dla AWD, przy emisji CO₂ odpowiednio 157–159 g/km oraz 168–169 g/km. Tu warto pamiętać, iż Mazda w cenniku zaznacza, iż dane są związane z procedurą homologacji i mogą się nieznacznie różnić.

Prowadzenie: Mazda przez cały czas umie w kierowcę

Największą siłą Mazdy od lat jest to, iż choćby w zwykłych samochodach zostawia coś dla kierowcy. Nie chodzi o sport, twarde zawieszenie czy sztuczną agresję. Chodzi o naturalność. O to, iż kierownica ma sensowny opór, reakcje auta są przewidywalne, a człowiek za kierownicą nie czuje się jak operator urządzenia AGD.

Nowa CX-5 przez cały czas ma tę cechę. Mazda pisze o Jinba Ittai, czyli jedności kierowcy i samochodu, i choć ten termin był już używany tyle razy, iż można by nim okleić pół salonu dealerskiego, to w praktyce za tym hasłem coś stoi. CX-5 prowadzi się pewnie, spokojnie i lekko. Nie próbuje udawać MX-5, bo byłoby to absurdalne, ale jak na rodzinnego SUV-a daje bardzo przyjemne poczucie kontroli.

Zawieszenie zostało dopracowane pod kątem europejskich dróg. Mazda zmieniła nastawy sprężyn, stabilizatorów i amortyzatorów, stawiając na lepsze tłumienie nierówności i stabilność. W codziennym użytkowaniu to ważniejsze niż jakiekolwiek marketingowe opowieści o sportowym DNA. Bo w mieście i pod Warszawą auto ma przede wszystkim dobrze filtrować dziury, nie bujać się przesadnie i nie męczyć pasażerów. 

Właśnie tu CX-5 robi bardzo dobre wrażenie. Jest komfortowa, ale nie rozlazła. W zakrętach czuć masę, bo fizyki nie da się oszukać, ale auto pozostaje zwarte. Kierownica nie jest martwa. Hamulec, wspierany teraz rozwiązaniami brake-by-wire współpracującymi z układem mild hybrid, działa naturalnie. To ważne, bo wiele współczesnych aut zelektryfikowanych potrafi mieć dziwne, gumowe przejście między rekuperacją a hamowaniem mechanicznym. Tu tego poczucia sztuczności nie miałem.

Bezpieczeństwo i asystenci, czyli auto, które ma pomagać, nie przeszkadzać

Nowa CX-5 jest mocno doposażona w systemy bezpieczeństwa. Już w cenniku widać, iż Mazda nie traktuje ADAS jako ozdobnika dla najwyższych wersji. Adaptacyjny tempomat MRCC, system wspomagania jazdy w korku, monitorowanie martwego pola, rozpoznawanie znaków, awaryjne hamowanie z przodu i z tyłu, ostrzeżenia o ruchu poprzecznym, utrzymanie pasa ruchu – lista jest długa i w wielu elementach dostępna standardowo już od podstawowych wersji. 

W presskicie Mazda podkreśla, iż nowa CX-5 otrzymała pięć gwiazdek Euro NCAP i wprowadza rozbudowany zestaw systemów wsparcia kierowcy. Wśród ciekawszych rozwiązań jest Driver Emergency Assist, który w sytuacji braku reakcji kierowcy może rozpocząć kontrolowane hamowanie i włączyć światła awaryjne, oraz rozbudowany system monitorowania martwego pola, uwzględniający także pieszych, rowerzystów i pojazdy zbliżające się z tyłu przy niższych prędkościach. 

W codziennym użytkowaniu najbardziej docenia się jednak te prostsze rzeczy. Dobrą kamerę, czujniki, ostrzeżenia przy cofaniu, sprawnie działający tempomat. Kamera 360 stopni pojawia się od wersji Exclusive-Line, a w Homurze oczywiście również jest standardem. Przy parkowaniu pod marketem budowlanym, między dostawczakiem, wózkami, rodzinami i ludźmi, którzy nagle postanawiają przejść za autem, takie systemy są bezcenne.

Mazda ma też tę przewagę, iż jej asystenci nie są przesadnie histeryczni. Nie lubię aut, które co chwilę piszczą, szarpią kierownicą i zachowują się, jakby kierowca był zbędnym ryzykiem. CX-5 pomaga, ale nie odbiera poczucia sprawczości.

Wersje i ceny: rozsądny start, bogata góra

Polski cennik nowej Mazdy CX-5 startuje od 139 900 zł za wersję Prime-Line z silnikiem 2.5 e-Skyactiv G 141 KM, automatem i napędem FWD. Centre-Line kosztuje od 156 300 zł z FWD albo 164 900 zł z AWD. Exclusive-Line to odpowiednio 165 300 zł i 173 900 zł, a topowa Homura została wyceniona na 179 000 zł z FWD oraz 187 600 zł z AWD. 

Patrząc na dzisiejszy rynek, to nie są ceny oderwane od rzeczywistości. Zwłaszcza iż wyposażenie bazowe jest naprawdę przyzwoite. Już Prime-Line ma LED-y, cyfrowe zegary, duży ekran 12,9 cala, Google Automotive, CarPlay/Android Auto, komplet systemów bezpieczeństwa i 8-głośnikowy system audio. Centre-Line dokłada między innymi 19-calowe felgi, relingi, wyświetlacz head-up, podgrzewane przednie fotele, podgrzewaną kierownicę, bezprzewodową ładowarkę Qi i elektryczną klapę bagażnika. Exclusive-Line wnosi kamerę 360 stopni, BOSE z 12 głośnikami, podgrzewaną tylną kanapę i porty USB-C z tyłu. Homura dorzuca większy ekran 15,6 cala, wentylowane fotele, matrycowe reflektory, bezdotykową klapę i bardziej efektowne wykończenie.

Opcji nie ma przesadnie dużo, co akurat uważam za zaletę. Panoramiczny dach kosztuje 6500 zł w wersjach Exclusive-Line i Homura. Lakier Jet Black, Aero Grey i Polymetal Gray kosztuje 2900 zł, Rhodium White i Machine Gray 3900 zł, a Soul Red Crystal 4500 zł. Wnętrze Tan Leather w Homurze jest bez dopłaty. 

To jest japońska logika konfiguracji: wybierasz wersję, kolor i ewentualnie kilka dodatków. Nie siedzisz trzy wieczory nad konfiguratorem, zastanawiając się, czy bez pakietu za 8900 zł auto będzie miało coś tak podstawowego jak podłokietnik z funkcją moralnego wsparcia.

Majówka bez wyjazdu, czyli najlepszy test

Po kilku dniach z CX-5 doszedłem do wniosku, iż ten samochód bardzo dobrze odnalazł się w majówce, która nie była majówką z reklam. Nie było plaży, gór, długiej autostrady i zdjęcia z bagażnikiem zapakowanym walizkami. Było normalne życie.

I właśnie w normalnym życiu CX-5 wypada najlepiej.

To auto nie musi się popisywać. Jest wystarczająco duże, żeby zabrać rodzinę i bagaże. Wystarczająco wygodne, żeby nie męczyć w codziennych dojazdach. Wystarczająco eleganckie, żeby cieszyć oko. Wystarczająco dobrze prowadzące się, żeby kierowca nie miał wrażenia, iż został skazany na kompromis. I wystarczająco rozsądne cenowo, żeby w świecie absurdalnie drożejących samochodów przez cały czas wyglądać jak propozycja z gatunku „warto sprawdzić”.

Czy chciałbym więcej mocy? Pewnie tak. Nie dlatego, iż CX-5 jej dramatycznie brakuje, ale dlatego, iż Mazda robi auta, które aż proszą się o nieco mocniejszą, bardziej elastyczną jednostkę. 141 KM wystarcza do codzienności, ale nie daje zapasu, który czasem lubimy mieć pod prawą stopą. Z drugiej strony, charakter tego auta jest spójny. To nie jest SUV dla kogoś, kto chce ścigać się spod świateł. To SUV dla kogoś, kto chce mieć święty spokój, przyjemną kabinę, dobre prowadzenie i poczucie, iż kupił coś dopracowanego.

A takich samochodów wcale nie ma dziś tak dużo.

Podsumowując

Nowa Mazda CX-5 jest jak dobrze zaprojektowany domowy sprzęt, którego jakość doceniamy nie w dniu zakupu, ale po kilku tygodniach używania. Nie dlatego, iż ma jedną spektakularną funkcję, tylko dlatego, iż wszystko działa tak, jak powinno. Wsiadasz, jedziesz, pakujesz, parkujesz, wracasz, znowu jedziesz. Nie walczysz z autem. Nie tłumaczysz rodzinie, dlaczego coś jest niewygodne, ale „za to sportowe”. Nie zastanawiasz się, czemu projektant schował podstawową funkcję trzy poziomy w menu.

CX-5 dojrzewa razem ze swoimi użytkownikami. Jest większa, wygodniejsza, bardziej cyfrowa i lepiej przygotowana na codzienność. Nie straciła przy tym tego, co w Mazdach najważniejsze: poczucia, iż za kierownicą przez cały czas siedzi człowiek, a nie tylko klient segmentu C-SUV.

Miała być Barcelona. Był market budowlany, rodzina pod Warszawą i domowe sprawy. I może właśnie dlatego ten test był bardziej prawdziwy. Bo Mazda CX-5 nie musi udawać auta na wielką wyprawę. Ona po prostu świetnie sprawdza się wtedy, gdy życie robi swoje.

Jeśli artykuł Mazda CX-5 2026 – majówka, której nie było, czyli SUV do prawdziwego życia nie wygląda prawidłowo w Twoim czytniku RSS, to zobacz go na iMagazine.

Idź do oryginalnego materiału