
Aplikacje Yanosik i Mapy Google stały się mapą usług dla zmotoryzowanych. Spreparowane alerty drogowe mogą uśpić czujność podczas jazdy
Aplikacje nawigacyjne, takie jak uwielbiany w Polsce Yanosik czy Mapy Google, to w tej chwili nasz drogowy niezbędnik. Ostrzeżenia o poważnych wypadkach, kontrolach prędkości czy dzikiej zwierzynie pozwalają bezpiecznie dotrzeć do celu. Okazuje się jednak, iż ten zwykle świetnie naoliwiony system powiadomień dorobił się ostatnio swojego drugiego, lekko absurdalnego oblicza.
Społecznościowy charakter tych popularnych narzędzi opiera się w pełni na bezinteresownej współpracy setek tysięcy użytkowników. Mechanizm jest banalnie prosty: ktoś zauważa zagrożenie, wysyła szybkie zgłoszenie w aplikacji, a cała reszta kierowców na danej trasie zawczasu zdejmuje nogę z gazu.
Niestety, na naszych drogach musimy zmierzyć się z problemem bardzo nietypowej kreatywności. Kierowcy zaczęli masowo wykorzystywać funkcje aplikacji całkowicie niezgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem.
Dziki, sarny i… panie na parkingu
Przemierzając gęsto zalesione odcinki dróg krajowych, zwłaszcza po zmroku, bardzo często słyszymy komunikaty o dzikiej zwierzynie. To wyjątkowo ważna funkcja. Bezpośrednie uderzenie w dorosłego dzika czy wybiegającą z zarośli sarnę niesie za sobą spore ryzyko dla pasażerów i często kończy się całkowitą kasacją samochodu.
Ostatnio jednak ta charakterystyczna ikona ostrzegawcza pojawia się na naszych ekranach w miejscach, gdzie prawdziwych, leśnych zwierząt nikt by się nie spodziewał.
Zamiast płochliwych rogaczy, na przydrożnych, piaszczystych parkingach i w zatoczkach stoją po prostu osoby do towarzystwa. Część zmotoryzowanych śmieszków wpadła bowiem na specyficzny pomysł oznaczania pań oczekujących na klientów przy ruchliwych trasach właśnie dzięki tego konkretnego, leśnego alertu.
Żart, który psuje użyteczność
W mediach społecznościowych – a zwłaszcza na TikToku – łatwo dziś trafić na nagrania pokazujące ten mechanizm w akcji.
Twórcy relacjonują swoje przejażdżki przez lasy, pokazując widzom, jak tuż po komunikacie z aplikacji mijają na poboczu wiadomo owe osoby.
Z perspektywy niektórych kierowców to pewnie nic innego jak forma hermetycznego – i NIEŚMIESZNEGO – żartu, który urozmaica im monotonną trasę. Przymykając na to zjawisko jedno oko, można to ewentualnie traktować jako nieformalne ostrzeżenie przed nieoczekiwanym ruchem pieszych na samym skraju ruchliwej jezdni.
Analizując jednak tę sprawę całkowicie chłodno, takie masowe działanie społeczności tworzy jedynie niebezpieczny szum informacyjny. Nawigacja samochodowa z założenia ma maksymalnie poprawiać bezpieczeństwo, a nie działać jak darmowy radar najstarszych usług świata ukrytych w lesie.
Syndrom wilka i śmiertelne zagrożenie
Nie wydaje się wam, iż takie celowe nadużywanie ważnych funkcji sprawia, iż wspaniały, społecznościowy system stopniowo traci na swojej wiarygodności? Internetowa zabawa w kotka i myszkę może prowadzić do konkretnych zagrożeń:
- Uśpiona czujność: jeżeli kierowca na danej trasie kilka razy z rzędu zignoruje ostrzeżenie (spodziewając się zobaczyć człowieka w obcasach, a nie zwierzę), jego uwaga spada niemal do zera.
- Opóźniony czas reakcji: gdy w ułamku sekundy na mokry asfalt faktycznie wybiegnie z ciemnego lasu zdezorientowana sarna czy łoś, reakcja za kierownicą będzie drastycznie spóźniona.
- Ryzyko wypadku: taka bezmyślna zabawa na drodze bezpośrednio grozi poważnym w skutkach, a nierzadko choćby śmiertelnym zderzeniem.
Takie infantylne działanie całkowicie dewaluuje bezinteresowny wysiłek rzetelnych użytkowników, którzy zgodnie z prawdą raportują o realnych zagrożeniach dla naszego ruchu drogowego.
Pytam u źródła. Yanosika
Świadome wprowadzanie innych w błąd – choćby jeżeli zaczęło się od niewinnego, internetowego żartu – w ostatecznym rozrachunku zwyczajnie psuje przydatne narzędzie. To właśnie na tych algorytmach i wzajemnym zaufaniu wielu z nas każdego dnia opiera swoje bezpieczeństwo podczas powrotów z pracy do domu.
Mając to na uwadze, postanowiłem bezpośrednio wyjaśnić tę kwestię u samego źródła. Wysłałem oficjalne zapytanie prasowe do zespołu odpowiedzialnego za rozwój niezwykle popularnej w Polsce aplikacji Yanosik. Chciałem szczegółowo dowiedzieć się:
- jak twórcy systemu podchodzą do zjawiska celowych, ale fałszywych oznaczeń na mapie,
- czy firma ma w planach wdrożenie dodatkowej, manualnej moderacji takich nietypowych alertów.
Niestety, do momentu publikacji tego materiału nie otrzymałem ze strony firmy odpowiedzi. Szkoda, bo sprawa dotyczy fundamentu tej aplikacji – naszego bezpieczeństwa.











