Wyobraź sobie, iż aby sprawdzić pocztę, musisz odciąć cały dom od telefonu, słuchając przy tym pisków przypominających tortury obcych. Za każdą minutę tego luksusu licznik impulsów bezlitośnie drenuje portfel. Brzmi przerażająco? Dziś może tak, ale 30 lat temu to była nasza rzeczywistość. W maju 1996 roku ruszył kultowy numer 0 20 21 22. Cyfrowa rewolucja weszła pod polskie strzechy, serwując nam na dzień dobry zablokowane linie, nocne awantury i kosmiczne rachunki. Ale za to mieliśmy w końcu internet!
Haczyk był banalnie prosty, dlatego tak świetnie zadziałał. Żeby wejść do internetu, nie trzeba było podpisywać absolutnie żadnych umów, montować gniazdek ani czekać na instalatora. Wystarczył zwykły, miedziany kabel telefoniczny, domowy komputer i modem. Polacy rzucili się na usługę TPNET z miejsca. Problem polegał na tym, iż raczkująca technologia wymagała od użytkowników potężnych kompromisów.
Albo internet, albo straż pożarna
To był czas brutalnych wyborów. Linia telefoniczna w momencie połączenia stawała się jednopasmową autostradą dla danych. jeżeli ktoś właśnie wszedł do sieci, telefon w domu był głuchy. Nikt z domowników nie mógł nigdzie zadzwonić, ani nikt nie mógł dodzwonić się do was. Trzeciej opcji po prostu nie było.
Zanim jednak na ekranie zaczęła się w żółwim tempie ładować jakakolwiek witryna, trzeba było przetrwać sam rytuał łączenia. Modem wył, piszczał i trzeszczał, próbując dogadać się z centralą. Gdy w końcu zapadała upragniona cisza, zaczynało się bezlitosne naliczanie impulsów.
Koszty były wręcz drakońskie. Tylko mieszkańcy miast z tzw. sieciami metropolitalnymi płacili w miarę znośne 16 groszy za 3 minuty. Reszta kraju dostawała ostro po kieszeni. Minuta w ciągu dnia kosztowała 64 grosze, a w nocy 30 groszy. Efekt? Internauci masowo zarywali noce, logując się między 22:00 a 2:00 i modląc się, żeby połączenie nie zerwało się w połowie pobierania pliku o wadze 1 MB.
Internet wdzwaniany TPSASkoro już odcięliśmy dom od telefonu i patrzymy, jak impulsy zjadają nam wypłatę, wypadałoby z tego internetu skorzystać. Tylko co można było robić przy ówczesnych ograniczeniach?
Sieć z 1996 roku była równie surowa, co sama technologia wdzwaniana. Dominowały proste strony informacyjne i e-maile obdarte z ciężkich załączników. Zamiast współczesnej chmury, pliki wymieniało się przez system FTP, a do przeszukiwania baz danych używano archaicznego narzędzia o nazwie Archie. Życie towarzyskie toczyło się na czatach IRC, gdzie suchy tekst w zupełności wystarczał za dzisiejsze awatary i filtry. choćby Amazon był wtedy zaledwie amerykańską ciekawostką, która skupiała się na wysyłkowej sprzedaży książek. To w tamtym czasie powstał również pierwszy portal operatora – www.tpsa.pl. jeżeli z ciekawości wpiszecie ten adres w przeglądarkę dzisiaj, zostaniecie automatycznie przekierowani na stronę Orange.
Strona TPSA64 kb/s na cały kraj. Prędkość, która dziś nie wczytałaby choćby jednej reklamy
Z perspektywy dzisiejszych światłowodów, ówczesne parametry brzmią jak kiepski żart. Użytkownik domowy wyciskał z modemu maksymalnie 28 kb/s. Co gorsza, całe wyjście na świat dla narodowej sieci miało na starcie przepustowość… 64 kb/s. Dopiero pod koniec roku podkręcono ten kurek do 2 Mb/s. Przy takim łączu załadowanie czegokolwiek poza gołym tekstem wymagało anielskiej cierpliwości.
Zainteresowanie całkowicie przerosło operatora. Po dwóch latach od debiutu numeru 0 20 21 22, infrastruktura dosłownie padała pod naporem użytkowników. W nocnych godzinach szczytu zaledwie kilka procent prób wdzwonienia kończyło się sukcesem. Reszta odbijała się od ściany z sygnałem zajętości. TP SA musiała w panice rozbudowywać zaplecze. Z początkowych 800 modemów w centralach na starcie usługi, zrobiono ponad 18 tysięcy w 1999 roku.
Czasy się zmieniły, technologia poszła do przodu, ale w systemach operatora wciąż widać coś dziwnego. Mimo iż wdzwaniany internet to dziś skamielina, sieć przez cały czas rejestruje pojedyncze próby połączeń pod kultowy numer 0 20 21 22.
Źródło tekstu: Orange / Zdjęcie otwierające: Pexels.com, Orange

5 godzin temu












