Pół wieku temu w „Motorze” – przeglądamy wydanie nr 11 z 1976 r.

1 godzina temu

Na okładce „Motoru” nr 11/1976 — znowu zima, czyli ratrak z Karpacza: jeden z bohaterów w walce o bezpieczeństwo na polskich nartostradach. A w środku? Rajdowe piekło III Rajdu Stomil w warunkach jak na słynnym „Monte Carlo”, szwajcarska kampania na rzecz ochrony pieszych na drogach, patent na „szybę zastępczą” oraz przypomnienie, iż w obsłudze i diagnostyce pojazdów liczy się nie tylko sprzęt, ale i człowiek. Zaglądamy do numeru z 14 marca 1976 r.

Na okładce – efektowne zdjęcie bohatera reportażu zamieszczonego w tym wydaniu „Motoru” – jednego z dziewięciu znajdujących się wówczas w Polsce ratraków.

To właśnie dzięki pracy tych maszyn liczba wypadków na nartostradach zmalała w sposób zasadniczy. Prezentowany pojazd o nazwie Bisten-Bully firmy Kassbohrer z Ulm potrafi podjechać po oblodzonym stoku o nachyleniu 45°, zgarniać śnieg hydraulicznie sterowanym pługiem i holować specjalną przyczepę w formie sań z ładunkiem 1 tony.

Prezentowany ratrak pracował w Karpaczu i zapewniał kierowcy doskonałe warunki pracy dzięki ogrzewanej i skutecznie wyciszonej kabinie, wyposażonej w duże okna oraz fotele typu lotniczego.

Po lodzie, po dziurach...

III Rajd Stomil rozgrywany w ramach Mistrzostw Polski zapisał się w historii trudnymi warunkami porównywanymi do... Rajdu Monte Carlo. Wszystko za sprawą zimy i wyjątkowo obfitych opadów. Na większości tras z prób specjalnych leżał śnieg zbity w lodową, dziurawą skorupę. Na starcie stanęło 69 załóg.

Z pozytywów – podkreślono, iż trasa i dobór odcinków specjalnych były godne Mistrzostw Polski, co pozwoliło nie tylko w pełni wykazać się obecnej na rajdzie polskiej czołówce, ale także zabłysnąć nowym talentom – wskazano tu na młodego warszawskiego zawodnika Andrzeja Karczewskiego (choć ostatecznie nie udało mu się dojechać do mety).

Na rajdzie miała też swój premierowy występ markowa klasa Polskiego Fiata 126p. Na starcie stawiło się aż 12 samochódów – niestety nie podano, ile z nich osiągnęło metę. Ale podkreślono, iż fabryczny serwis nie miał za wiele roboty, bo maluchy po prostu się nie psuły.

Negatywy? Kiepska atmosfera w środowisku startujących (wspomniano choćby wprost o robieniu sobie na złość). Ale zawodnicy narzekali także na zbyt rygorystyczny stosunek władz porządkowych. Choć podobno sami kierowcy też nie byli często bez winy i w dyskusyjnych sytuacjach „nie potrafili trzymać nerwów na wodzy i zachowywali się jak rozjątrzone przekupki”.

Ochrona czy koegzystencja?

W rubryce „Kwadratura kółek” redakcja opisała szwajcarską kampanię, która miała poprawić bezpieczeństwo pieszych — i to nie tylko przez straszenie kierowców plakatami. Pomysł był prosty: uświadamiać i jednych, i drugich, iż na drodze trzeba się wzajemnie „widzieć” i respektować reguły (w duchu hasła: „Świadomie dostrzegać, wyraźnie oznajmiać, zapewniać pierwszeństwo”).

Spory wzbudziły choćby szczegóły projektowanych tablic ostrzegawczych — bo skoro piesi nie zawsze trzymają się jednej „jedynej słusznej” strony jezdni, kierowca powinien zakładać spotkanie pieszego w każdej sytuacji, szczególnie po zmroku.

Autor dorzuca też obserwację aktualną w każdym czasie: najtrudniej dotrzeć do tych, którzy na drodze nie potrafią (lub nie mogą) zachować się prawidłowo — dzieci i osób starszych — dlatego działania ochronne są szczególnie potrzebne wieczorami i przy gorszej widoczności.

Szyba zastępcza

„Wagę problemu zna tylko ten, któremu przyszło kiedyś, być może w mroźny dzień, jechać kilkanaście kilometrów ze stłuczoną przednią szybą”. Dziś co prawda często zdarzają się pęknięcia czy odpryski na szybach czołowych, ale 50 lat temu problem był większy. Aby temu zaradzić, stosowano tzw. szyby zastępcze. Ich rynek był najbardziej rozwinięty w Wielkiej Brytanii.

Co ciekawe, funkcjonowało kilka tego typu rozwiązań. Od najprostszego w postaci arkusza folii po takie wyposażone w usztywniające pionowe szyny aluminiowe. Zwracano uwagę, iż taka szyba zastępcza, wykonana z grubej folii, pozwala jechać z prędkością do 110 km/h. Istotny jest też sposób jej montażu, który w zależności od typu mocowania może trwać od kilku minut do choćby pół godziny.

Kadry – rzecz istotna

Na koniec – szczególnie istotny aspekt, którego nie sposób przecenić. Czyli parę słów o szczególnej wadze „czynnika ludzkiego” w kontekście diagnostyki i obsługi jeżdżących po polskich drogach pojazdów.

Idź do oryginalnego materiału