Ostatni taniec Prime Drift Open 2026. Słomczyn gospodarzem wielkiego finału

rallyandrace.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Ostatni taniec Prime Drift Open 2026. Słomczyn gospodarzem wielkiego finału


Słomczyn. Październikowe słońce. Silniki na limicie. Dym unoszący się nad torem i trybuny, które czekały na ostateczne rozstrzygnięcia. Ostatnia runda sezonu i zero miejsca na błędy. Zawodnicy Prime Drift Open po raz ostatni w tym sezonie ruszyli do walki – o zwycięstwa, o podium, o mistrzowskie tytuły. Każdy przejazd miał znaczenie. Każdy błąd mógł kosztować wszystko. Emocje sięgały zenitu, a Autodrom Słomczyn po raz kolejny udowodnił, iż wielkie finały piszą własne scenariusze. Ostatni taniec rozpoczęty.

Grand Final. Emocje gwarantowane

Trzy dni, trzy klasy i blisko 70 zawodników gotowych, by postawić kropkę nad „i”. Finałowa runda Prime Drift Open odbyła się w dniach 2-4 października 2026 roku. Piątek był jeszcze rozgrzewką – nieobowiązkowym dniem treningowym, podczas którego kierowcy mogli oswoić się z torem i szukać najlepszego ustawienia samochodów. W sobotę tempo zdecydowanie wzrosło. Oficjalne treningi poprzedziły kwalifikacje, które miały ustawić stawkę przed niedzielną, decydującą walką.

Najwięcej emocji tradycyjnie budziła najmocniejsza klasa Masters. Na starcie pojawiła się ścisła czołówka klasyfikacji generalnej: Łukasz Pijar w efektownym BMW E46 Touring, Mateusz Suski za kierownicą Toyoty Supry MK5 oraz Fabian Hała – tegoroczny debiutant w Masters, który mimo niewielkiego stażu w tej klasie zdążył już mocno zaznaczyć swoją obecność. Stawkę dodatkowo podgrzał powrót dobrze znanej postaci polskiego driftu. Do Słomczyna zawitał Jakub Król – mistrz Drift Open z sezonów 2018 i 2019, a dziś zawodnik rywalizujący w prestiżowej serii Drift Masters GP. Międzynarodowego charakteru rywalizacji dodawał także czołowy czeski zawodnik Daniel Pelikan, który pojawił się na starcie w Nissanie S14a.

Jeszcze inaczej wyglądała sytuacja w klasie Pro. Tutaj oczy kibiców zwrócone były przede wszystkim na lidera – Rafała Bieja w BMW E36 – oraz 15-letniego Kordiana Trelę-Muchewicza, jednego z najciekawszych młodych talentów polskiego driftu. Ich pojedynek zapowiadał się na jedną z najgorętszych historii finałowego weekendu. Stawkę uzupełnił specjalny gość z Wielkiej Brytanii – Harry Cunliffe, który przyjechał do Słomczyna swoim BMW E92 napędzanym legendarnym silnikiem 2JZ.

A na tym emocje się nie kończyły. Liczna i niezwykle wyrównana klasa Pro Am gwarantowała walkę o każdy punkt, bo ścisk w czołówce tabeli sprawiał, iż przed finałem niemal wszystko było jeszcze możliwe. Niedziela miała więc odpowiedzieć nie tylko na pytanie, kto okaże się najlepszy w ostatniej rundzie, ale również kto sięgnie po najważniejsze trofea całego sezonu.

Finał Prime Drift Open miał jeszcze jedną stawkę. Poza klasyfikacjami indywidualnymi rozstrzygała się rywalizacja zespołowa Drift Open Team Championship, a kibice wybierali także swojego faworyta w plebiscycie Team Spirit. To właśnie ich głosy miały zdecydować, który team najbardziej porwał publiczność. W Słomczynie walczono więc nie tylko o punkty i mistrzowskie tytuły. Walczono o wszystko, co przez cały sezon budowało emocje wokół Prime Drift Open.

Fot. Krzysztof Klimek

Petrolheads Unite. Motorsport United

Prime Drift Open od początku chce być czymś więcej niż tylko kolejną serią zawodów. Jedną z idei, która przyświeca organizatorom, jest łączenie różnych środowisk motorsportu – szczególnie dziś, gdy sport samochodowy w Polsce mierzy się z coraz większymi problemami związanymi z funkcjonowaniem i dostępnością torów. Finał w Słomczynie był kolejnym dowodem na to, iż zamiast budować podziały, można budować wspólną przestrzeń dla ludzi, których łączy jedna pasja – motorsport.

Dlatego podczas finału nie zabrakło wyjątkowych gości reprezentujących różne dyscypliny i różne spojrzenia na motoryzację. W ramach strefy Petrolheads Unite kibice mogli spotkać zawodników i zobaczyć z bliska samochody, które na co dzień rywalizują na zupełnie innych arenach. Do Słomczyna przyjechał Maciej Serafin ze swoim samochodem znanym z Pikes Peak International Hill Climb, pojawił się także Bartłomiej Madziara z potężnym Lamborghini Huracán ST Evo2. Rajdowe emocje reprezentowali Michał Skrzypczyk z Mitsubishi Lancerem Evo VI oraz Krzysztof Czechak z Subaru Imprezą GT. Nie zabrakło również Oskara Maciejewskiego, Mistrza Polski w autocrossie z 2024 roku, który zaprezentował crosscara Speedcar Xtreme, oraz Kuby Święcha z wyścigowym Mini Cooperem. Swoją obecnością całe wydarzenie uświetnił także znany z rallycrossu HALK, czyli Tomasz Łyszkowicz, wielokrotny mistrz tej dyscypliny w Polsce oraz za granicą. Oprócz jego BMW E36 pojawił się także ze Peugotem 208, który ma służyć jeszcze niepełnoletnim zawodnikom do rozwoju w tej dyscyplinie.

Fot. Krzysztof Klimek

Swoją obecnością finał uświetnili także Gruzzklas – drifterzy, którzy do świata driftu podchodzą nieco inaczej, pokazując jego bardziej kreatywną, nieoczywistą i pełną własnego charakteru stronę. Ich spojrzenie na drifting doskonale wpisało się w ideę wydarzenia: motorsport może mieć wiele twarzy, a każda z nich zasługuje na swoje miejsce.

To właśnie w takich momentach widać, iż motorsport nie kończy się na jednej dyscyplinie, jednym samochodzie czy jednym torze. Drift, rajdy, wyścigi górskie, autocross i wyścigi płaskie mają różne zasady, różne samochody i różne charakterystyki, ale emocje pozostają te same. Słomczyn stał się więc miejscem spotkania całej motoryzacyjnej społeczności.

Organizatorzy zadbali również o to, aby kibice mogli spojrzeć na finał z zupełnie innej perspektywy. Heli Taxi pozwalało wzbić się w powietrze i zobaczyć Autodrom Słomczyn oraz całe wydarzenie z góry. Dla wielu osób był to nie tylko dodatkowy punkt programu, ale zupełnie nowy sposób doświadczenia motorsportu – ryk silników, dym spod kół i walka na torze oglądane z lotu ptaka musiały robić wrażenie.

I właśnie o to chodziło. O stworzenie weekendu, w którym spotykają się zawodnicy, kibice, różne dyscypliny i różne pokolenia miłośników motoryzacji. W czasach, gdy polski motorsport potrzebuje solidarności i wspólnego działania bardziej niż kiedykolwiek, takie inicjatywy nabierają szczególnego znaczenia.

Trzy klasy, trzy historie i jeden wielki finał

Sobota nie była jeszcze dniem walki o zwycięstwo, ale już wtedy było wiadomo, kto przyjechał do Słomczyna w najwyższej formie. Treningi i kwalifikacje gwałtownie zweryfikowały dyspozycję zawodników, a wyniki okazały się niezwykle istotne przed niedzielną rywalizacją. Wysokie pozycje zajmowane w kwalifikacjach znalazły swoje potwierdzenie w przejazdach w parach. Kiedy w niedzielę rozpoczęła się adekwatna walka, czołówka nie zamierzała oddawać pola.

Pro Am – młodość na pełnym gazie

W klasie Pro Am Słomczyn należał do Nikodema Pałasza. Młodziutki zawodnik w BMW E46 od pierwszych przejazdów pokazywał, iż tego dnia będzie niezwykle trudny do zatrzymania. W niedzielnej rywalizacji zgromadził aż 97 punktów, pewnie sięgając po zwycięstwo w finałowej rundzie. Za jego plecami znalazł się kolejny przedstawiciel młodego pokolenia – Aleksander Pelikański w BMW E82 oraz Marcin Wołowiec, również startujący BMW E46. Podium Pro Am miało więc wyjątkowo młody charakter.

Fot. Krzysztof Klimek

Pro – tandemowa walka o każdy metr

W Pro zaczęła się prawdziwa gra nerwów. Tutaj nie było już miejsca na samotną jazdę – każdy przejazd w parze oznaczał bezpośrednią konfrontację, walkę o linię, kąt, tempo i najmniejszy błąd rywala. Najlepiej w tej próbie nerwów poradził sobie Jakub Don w BMW E46, który sięgnął po zwycięstwo. Drugie miejsce wywalczył Kordian Trela-Muchewicz, a na najniższym stopniu podium stanął Jakub Kotarski w BMW E36.

Dla Kotarskiego był to szczególny moment. Sympatyczny zawodnik po raz pierwszy w swojej karierze stanął na tak dużym podium, a jego wynik w Słomczynie może być początkiem naprawdę ciekawej historii.

Masters – forma z innej galaktyki

Najmocniejsza klasa na finał zostawiła jednak największe nazwiska i największe emocje. Po zwycięstwie w Koszalinie Łukasz Wróblewski przyjechał do Słomczyna z jasnym celem – potwierdzić, iż jego znakomita forma nie była przypadkiem. W BMW E82 zrobił dokładnie to, czego oczekiwali kibice. Od pierwszych przejazdów wyglądał, jakby z samochodem rozumiał się bez słów. Pewność, płynność i konsekwencja dały mu kolejne zwycięstwo.

Galaktyczna forma – trudno znaleźć lepsze określenie na to, co Wróblewski zaprezentował w końcówce sezonu.

Drugie miejsce przypadło Danielowi Pelikanowi z Czech. Cichy faworyt finału nie potrzebował wielkich zapowiedzi – swoją wartość pokazał na torze. Pelikan, startujący Nissanem S14a, przez cały weekend prezentował bardzo wysoki poziom i ostatecznie zameldował się tuż za zwycięzcą.

Podium uzupełnił Fabian Hała, tegoroczny debiutant w klasie Masters. Dla młodego zawodnika trzecie miejsce w finałowej rundzie było mocnym akcentem kończącym sezon i jednocześnie sygnałem, iż jego przygoda z najmocniejszą klasą Prime Drift Open dopiero się rozkręca.

Słomczyn nie zawiódł. Finał przyniósł zwycięstwa, niespodzianki, wielkie powroty i potwierdzenie formy tych, którzy przez cały sezon byli w grze o najwyższe cele. A przede wszystkim – dostarczył dokładnie tego, czego oczekuje się od Ostatniego tańca.

Fot. Krzysztof Klimek

Klasyfikacja Generalna wyjaśniona

Finał w Słomczynie zakończył ostatnią rundę, ale dopiero teraz można było podsumować cały sezon Prime Drift Open. Cztery rundy, setki przejazdów i dziesiątki zawodników walczących o każdy punkt wyłoniły mistrzów sezonu 2026.

W klasie Pro Am po tytuł sięgnął Nikodem Pałasz, który swoją znakomitą dyspozycję potwierdził również podczas finału w Słomczynie. Drugie miejsce w klasyfikacji generalnej zajął Paweł Nawara, a podium uzupełnił Borys Piotrowski.

W klasie Pro mistrzowski sezon zakończył Kordian Trela-Muchewicz. Zaledwie 15-letni zawodnik potwierdził, iż jest jednym z najciekawszych talentów młodego pokolenia polskiego driftu. Drugie miejsce przypadło Rafałowi Biejowi, a trzecie Jakubowi Donowi. Cała trójka została za swoje osiągnięcia uroczyście zaproszona przez organizatorów do najwyższej klasy Prime Drift Open. Otrzymanie licencji Masters oznacza, iż w kolejnym sezonie mistrzowie Pro będą mogli zmierzyć się z najmocniejszymi zawodnikami serii. Poprzeczka idzie więc wyraźnie w górę.

Fot. Krzysztof Klimek

Najbardziej prestiżowa klasa Masters ma swojego mistrza. Po czterech rundach na szczycie tabeli znalazł się Łukasz Pijar, który sięgnął po najważniejszy tytuł sezonu 2026. Drugie miejsce wywalczył Fabian Hała, a trzecie Mateusz Suski. To właśnie ta trójka zakończyła sezon z mistrzowskim podium w najmocniejszej klasie Prime Drift Open.

Na zwycięzców poszczególnych klas czekała dodatkowa nagroda – kilkudniowy wypoczynek w słonecznej Albanii, ufundowany przez Prime Energy Drink. Sportowa walka na torze miała więc swoją wyjątkowo atrakcyjną nagrodę poza nim.

Sezon 2026 to jednak nie tylko rywalizacja indywidualna. Organizatorzy prowadzili również Drift Open Team Championship, w którym przez cały rok zespoły walczyły o prymat w klasyfikacji drużynowej. Tutaj nie było niespodzianki – zwycięstwo przypadło ekipie Turboworks Drift Team, która przez cały sezon konsekwentnie zbierała punkty i udowodniła, iż siła zespołu może być równie ważna jak forma pojedynczego zawodnika.

Na koniec głos należał do tych, dla których całe widowisko jest tworzone – do kibiców. W plebiscycie Team Spirit to właśnie publiczność wybierała zespół, który jej zdaniem najbardziej wyróżniał się w sezonie. Głosami fanów zwyciężyła niezwykle aktywna i widoczna ekipa Twins Drift Team.

Fot. Krzysztof Klimek

I tym samym sezon 2026 przeszedł do historii. Mamy mistrzów, mamy nowych zawodników z przepustką do Masters, mamy zwycięskie zespoły i – co najważniejsze – mamy kolejną porcję emocji, które zostają z kibicami na długo po tym, jak ostatni samochód zjechał z toru.

18 lat historii. Jeden sezon, który zapisał się wyjątkowo

Sezon 2026 nie należał do łatwych. Tym większe znaczenie ma fakt, iż dzięki ogromnej pracy organizatorów, zawodników, zespołów, partnerów, sędziów, obsługi technicznej i wszystkich osób zaangażowanych w projekt, Drift Open nie tylko przetrwało trudny czas, ale zrobiło wyraźny krok do przodu. Można powiedzieć wprost – był to jeden z najlepszych sezonów w 18-letniej historii Drift Open.

Przez cały rok działo się naprawdę dużo. Pojawiły się nowe pomysły, nowe rozwiązania i innowacje, które zmieniły sposób, w jaki wyglądały poszczególne rundy. Organizatorzy konsekwentnie pracowali nad tym, aby podnosić poziom zarówno sportowy, jak i organizacyjny. Coraz mocniejsza stawka, nowe nazwiska, międzynarodowi zawodnicy, dodatkowe atrakcje dla kibiców, inicjatywy integrujące środowisko motorsportu i coraz większa dbałość o oprawę wydarzeń sprawiły, iż Prime Drift Open wyraźnie wzniosło się na wyższy poziom.

Za tym wszystkim nie stoi jednak jeden człowiek czy jedna decyzja. To efekt pracy ogromnego zespołu ludzi, którzy przez wiele miesięcy budowali ten sezon – często daleko od świateł reflektorów i kamer. To właśnie ich zaangażowanie sprawiło, iż każda runda mogła być czymś więcej niż tylko kolejnymi zawodami. Mogła stać się wydarzeniem, na które zawodnicy chcieli wracać, a kibice chcieli przyjeżdżać.

I choć sezon 2026 właśnie dobiegł końca, trudno oprzeć się wrażeniu, iż dla Drift Open to dopiero kolejny etap. Na horyzoncie pojawiły się nowe możliwości, nowe pomysły i nowe kierunki rozwoju. Organizatorzy już dziś zapowiadają, iż sezon 2027 ma być jeszcze lepszy. Ambicje są duże, a poprzeczka po tym roku została zawieszona naprawdę wysoko.

Jedno jest pewne – Ostatni taniec dobiegł końca. Ale następny sezon już czeka za zakrętem.

Idź do oryginalnego materiału