Odcinkowe pomiary prędkości pojawiają się jak grzyby po deszczu. Na ekspresówkach, na drogach krajowych... to miał być gamechanger, jeżeli chodzi o wyłapywanie kierowców, którzy przekraczają prędkość. Zwykłe fotoradary działają punktowo, a odcinkowy pomiar to konkretna strefa wzięta pod lupę, gdzie trzeba trzymać się ograniczenia prędkości.
Jedno jest pewne: odcinkowe pomiary działają i gadanie, iż to drenowanie kieszeni, jest kompletnie bez sensu. Trudno o lepiej oznakowany system. Wjeżdżacie przez bramkę z kamerami z wyraźną tablicą, iż to początek strefy pomiaru. Na końcu ta sama sytuacja – dokładnie wiecie, kiedy opuszczacie monitorowany obszar. Żeby nie załapać się na mandat, zasada jest bardzo prosta, ale jak widać po wielu komentarzach, dla niektórych bardzo kłopotliwa: wystarczy jechać przepisowo. Zresztą odcinkowe pomiary nie są po to, żeby złapać kogoś, kto przez chwilę miał na liczniku 92 km/h zamiast 90.
Stawiam prostą tezę. Odcinkowe pomiary prędkości nie są wrogiem kierowców. Są wrogiem brawury, głupoty i drogowej agresji. Krytykujmy złe lokalizacje. Dyskutujmy o sensownym planowaniu. Ale hejtowanie samej idei... sorry, ale tu brakuje argumentów.

2 godzin temu







