Trzy lata, trzy litry i jedna decyzja. Odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie, czy „litr na pierwsze moto” to dobry pomysł oraz jakie są za i przeciw. I to z perspektywy kogoś, kto… przesadził?!
AUTOR TEKSTU: Paweł Lipiec, pisze o motocyklach z perspektywy człowieka, który nimi jeździ i wciąż się uczy. Bardziej niż liczby interesuje go codzienne doświadczenie, sens rozwiązań i emocje towarzyszące jeździe. Obserwuje zmiany w świecie dwóch kółek i systematycznie podsumowuje zmiany na rynku w newsletterze MotoNews.
To może zabrzmieć jak prowokacja, więc lepiej powiedzmy to od razu: moje doświadczenie motocyklowe to zaledwie trzy lata. Nie dekady. Nie setki tysięcy kilometrów. Trzy sezony intensywnej jazdy i ok 35 tyś. km, podczas których zdążyłem zaliczyć motocykle, o których wielu mówi: „kiedyś, jak będę gotowy”. Ja może nie byłem gotowy, za to dysponowałem wystarczająco ograniczonym rozsądkiem.
Pierwszy motocykl, zaraz po zrobieniu kat. A – BMW R 1250 RS. Chwilę później przesiadka na M 1000 XR. A w końcu, ostatni sezon i Kawasaki H2 SX. To nie są małe, lekkie motocykle o rozsądnej mocy dla początkującego. To raczej lista motocykli z kategorii “end game”.



Przy okazji zobacz testy tych motocykli na Motogenie:
– Test R 1250 RS,
– Test M 1000 XR,
– Test H2 SX.
Szybki sprzęt, szybkie wnioski
Zacząłem jeździć późno. Bez młodzieńczych lat spędzonych na 125-tkach i stopniowego wspinania się po pojemnościach. Gdy już wsiadłem na motocykl, zrobiłem to na całego i bez półśrodków. Zupełnie jakbym próbował nadrobić te “stracone” 20 lat bez motocykli. Mocne maszyny przyszły zdecydowanie szybciej, niż doświadczenie.
I nie, nie chodzi o to, iż nie da się na nich jeździć po trzech latach. Da się. Elektronika pomaga, motocykle są stabilne, przewidywalne, genialnie zaprojektowane. Problem leży gdzie indziej – gdzieś między kanapą a kierownicą.
Motocykl mądrzejszy od jeźdźca
Litrowe motocykle są dziś tak dobre, iż potrafią zamaskować braki. Pozwalają jechać szybko, zanim nauczysz się jechać dobrze. Dają poczucie kontroli, zanim naprawdę ją zdobędziesz. I przez zaskakująco długi czas to działa. Nie miałem doświadczenia, więc łatwo dałem się oszukać, iż jest OK, iż czuję ten motocykl i panuję nad nim.
Do momentu, w którym zrozumiałem, iż jadę na kredyt. Na elektronice. Na zapasie mocy, który nie uczy, tylko prowokuje. A prowokuje do rzeczy, na które moje doświadczenie nie pozwalało ani wtedy, ani teraz, ani nie pozwoli jeszcze przez co najmniej kilka najbliższych lat!
To odkrycie przyszło do mnie zaskakująco wcześnie. Może właśnie dlatego, iż te trzy lata były skondensowane, intensywne, bez romantycznego „kiedyś było inaczej”. A może zwyczajnie zbiegło się określonym momentem w życiu, który pozwolił zrozumieć, iż większą euforia z jazdy czerpię przy 90, niż przy 290 km/h?
Im więcej Ciebie tym mniej…
Zorientowałem się, iż coraz rzadziej jazda sprawia mi radość. Że to mnie nie relaksuje, nie cieszy, a przecież ten motocykl miał być katalizatorem miło spędzonego czasu! Tymczasem jeździłem w grupach z równie mocnymi motocyklami, ale jednocześnie z ludźmi szukającymi w motocyklizmie zupełnie innego rodzaju oderwania od codzienności! W efekcie więcej myślałem o tym, żeby nie przekroczyć granicy, niż o tym, żeby czerpać przyjemność z czasu w siodle. Zrozumiałem, iż to nie tak miało być!
To nie była kwestia strachu. Raczej świadomości. Takiej, która przychodzi wtedy, gdy z jednej strony zaczynasz rozumieć konsekwencje, a drugiej masz na tyle świadomości, by szczerze sobie odpowiedzieć na pytanie “jaki motocyklizm mnie kręci?”.
Czy ja naprawdę tego potrzebuję?
Motocykl o mniejszej mocy jeszcze niedawno w ogóle nie był opcją! Po co mieć 120 czy 150 koni, jak można mieć 200! A choćby więcej! Przecież żyjemy w świecie, gdzie każdy chce więcej, mocniej, bardziej. Jak wskaźniki nie rosną, to znaczy iż się nie rozwijamy. Dziś wiem, jak bardzo to była narracja zbudowana na stereotypach, a nie na moich własnych potrzebach. Szczęśliwie mam w sobie tę odrobinę bezczelności, żeby na głos (nie tylko sobie) powiedzieć: A co mnie obchodzą inni! To ja mam się z tym dobrze czuć.
Motocykl ze średniego segmentu nie zabiera emocji. W wielu przypadkach, dla osób takich jak ja – mniej doświadczonych – daje więcej niż litrowy potwór. Sprawdza się zasada wyniesiona ze świata samochodów: więcej frajdy daje szybka jazda wolnym autem, niż wolna jazda szybkim.
Trzy lata to wystarczająco dużo, żeby coś zrozumieć
Nie twierdzę, iż po trzech latach wiem wszystko. Wręcz przeciwnie. Wiem, jak bardzo dużo jeszcze nie wiem. I być może właśnie dlatego coraz bliżej mi do motocykla, który pozwoli mi miło spędzać czas, a może choćby więcej się uczyć. choćby jeżeli nie będzie tak imponujący jak 200-konny, litrowy turystyk.
Dojrzałość przychodzi szybciej, niż myślałem
Może to kwestia wieku. Może mojego tempa podróżowania. Tak czy inaczej trzy lata wystarczyły, żebym zrozumiał, iż szczyt euforii z motocykla niekoniecznie leży w szczycie możliwości konfiguratora.
Dziś coraz bardziej interesuje mnie jazda, która zostawia margines. Margines na błąd. Na zmęczenie. Na dzień, w którym nie wszystko wychodzi idealnie. Margines na jazdę w trybie “cruising”, zamiast w trybie “trzeba zapie***lać”. Nie trzeba.
I jeżeli to oznacza, iż schodzę z “litra”, to przyjmuję to bez żalu. Bo po tych trzech latach wiem jedno: motocykl nie ma być dowodem na cokolwiek. Ma być powodem, żeby wsiąść i pojechać. Ma być powodem do uśmiechu.

2 godzin temu













