Każą mu płacić za parking, mówi, iż nie jest niewolnikiem. O co chodzi z tą wolnością?

konto.spidersweb.pl 3 godzin temu

„Nie jestem niewolnikiem, nie płacę za parkowanie” – przeczytałem niedawno w komentarzu pod jakimś postem na Facebooku. Przedmiotem wolności można dziś uczynić wszystko – zarówno parkowanie, strzelanie fajerwerkami, jak i oddawanie butelek do sklepu czy rodzaj paliwa, jakim jest zasilane auto.

W październiku 1958 r. Isaiah Berlin, brytyjski historyk idei wygłosił wykład inauguracyjny na Uniwersytecie Oksfordzkim. Upowszechnił się on formie pisanej pod tytułem „Dwie koncepcje wolności”. Już na samym początku Berlin zauważa, iż „pojęcie wolności ma znaczenie tak mgliste, iż poddaje się niemal każdej interpretacji”. Patrząc na przykłady, które opisałem we wstępie, można mu przyznać rację. Ciekawsze jest jednak coś innego. Myśliciel dokonuje w swoim wykładzie podziału na wolność negatywną i pozytywną.

Nie był on pierwszym, który dokonał rozróżnienia. W tym miejscu należałoby przywołać oświeceniowego filozofa, na którego sam się powołuje – Jeana Jacquesa Rousseau. „Ten jest wolny naprawdę – powiedział Rousseau – kto pragnie tego, czego może dokonać i czyni to, czego pragnie” – pisze Berlin.

Wolność negatywna i pozytywna, czyli diesel czy elektryk?

W przypadku wolności negatywnej kluczowa jest odpowiedź na pytanie o to, jak daleko sięga wolność jednostki. Na ile ma ona swobodę działania wobec innych osób, instytucji, wreszcie państwa. Przekładając teorię na praktykę można postawić pytanie o to, czy na przykład państwo może zakazać sprzedaży samochodów spalinowych, strzelania dzięki fajerwerków czy chociażby zmusić obywateli, żeby ci oddawali butelki do automatów. „Wolność mierzy się zwykle zakresem, w jakim nikt nie ingeruje w naszą działalność” – mówił podczas wykładu Berlin. Mało tego – dodał póżniej – „o braku wolności (…) mówić można jedynie wtedy, gdy realizację celu uniemożliwiają mi inni ludzi”.

Drugi rodzaj wolności, wolność pozytywna, wiąże się z próbą odpowiedzi na inne pytanie: „co lub kto, jest źródłem władzy albo ingerencji, która może przesądzić, iż ktoś ma zrobić raczej to niż tamto, być taki, a nie inny?”. Berlin tłumaczy tu, iż wolność pozytywna polega na tym, iż jednostka chce być panem/panią własnego losu. „Narzędziem swojej, a nie cudzej woli” – pisze filozof.

Upraszczając można powiedzieć, iż pierwszy rodzaj wolności skupia się na ograniczeniach i je akcentuje. Jest ona pojmowana w prosty, a w karykaturalnym politycznym ujęciu wręcz prymitywny sposób. To są te wszystkie libertariańskie zaklęcia wzywające do abdykacji państwa, ograniczenia jego roli do minimum. W tym świecie obowiązkowe szczepienia są formą zamordyzmu, a wszelkie zakazy i nakazy przykładem na to, iż „nawet za komuny była większa wolność”. Fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości? Zamach na wolność. System kaucyjny? Hodowanie niewolników.

Inaczej rzecz się ma w przypadku wolności „do” lub pozytywnej. Tu akcent położony jest nie na to, co ogranicza, ale co sam mogę zrobić. Berlin przywołuje Kanta, który mówi, iż „nikt nie może mnie zmusić abym był szczęśliwy na jego sposób”. Różnica jest zasadnicza, bo motorem działania nie jest bunt przeciwko opresji, ale poczucie jako takiej sprawczości. Wolność „do” ma prowadzić do zdrowych relacji społecznych i jednocześnie na swój sposób pokazuje ograniczenia wolności „od”.

Wolna amerykanka, czyli wszyscy przeciwko wszystkim

XVII-wieczny filozof Thomas Hobbes w swoim dziele „Lewiatan” rysował obraz hipotetycznego stanu natury, który miał poprzedzać zawarcie umowy społecznej i powstanie społeczeństw i państw. Ludzie w nim mieli być równi, co z kolei prowadziło do chaosu, waśni, wojny każdego z każdym. Życie w absolutnej wolności stało w tej wizji pod znakiem strachu przed niebezpieczeństwem i śmiercią, było „(…) samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”. Człowiek po to przeniósł swoje uprawnienia na suwerena, czyli sam się ograniczył, żeby wyjść ze stanu natury i uniknąć cierpień płynących z wolności.

Choć antropolodzy twierdzą dziś, iż Hobbes czy inni myśliciele rysujący stan natury, tacy jak John Locke, byli w błędzie, próbując przedstawiać kondycję ludzkości przed wyłonieniem się zaawansowanych społeczeństw, na poziomie pewnej metafory te wizje mają moc. Zwłaszcza hobbesowski opis dobrze szkicuje świat, w którym wszyscy mogą wszystko, co prowadzi do wojny każdego z każdym.

Hobbesowska wizja uzbraja umysł w narzędzie krytyczne, pomaga wyobrazić sobie, jak wyglądałby świat, w którym wolność indywidualna byłaby nieograniczona. Nawet, gdy pamięta się kontekst historyczny i fakt, iż Hobbes pisał „Lewiatana” w niespokojnych czasach i określonym celu, by legitymizować określone formy władzy, nie stanowi to istotnej wady. Gdy myślę o świecie marzeń libertarian, widzę stan natury Hobbesa.

Wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się cierpienie innych

Ostatnio na łamach Spider’s Web opublikowaliśmy dwugłos dotyczący planów rządowego zakazu fajerwerków. Paweł Grabowski nazwał sprzeciwianie się tej formie sylwestrowej rozrywki bambinizmem. Z kolei Adam Bednarek zwraca uwagę na bardzo istotny aspekt możliwego zakazu, którym mają być „wzajemny szacunek, empatia i troska”. Wskazuje tym samym na relacyjny charakter wolności.

W dyskusjach dotyczących fajerwerków, które przetaczają się przez internet dobrze widać dwa różne sposoby pojmowania wolności, które opisuję w tym tekście. Jeden sprowadza się do tego, co doskonale oddał Aleksander Fredro w swoim wierszu o Pawle i Gawle. „Wolnoć Tomku w swoim domku” – to jest ta pozbawiona empatii logika zważania tylko na własny interes i własne potrzeby. Pal licho padające ptaki („przecież było ich TYLKO osiemdziesiąt”), bawmy się jakby jutra nie było.

Wolność „do”, wolność relacyjna to próba pojmowania świata nie przez pryzmat ograniczeń, ale współodczuwania z innymi. Inaczej rzecz ujmując i mówiąc słowami samego Isaiaha Berlina rozważającego różne sposoby pojmowania wolności – „wolność nie jest swobodą czynienia tego, co nierozumne, głupie albo złe”.

Kij ma dwa końce – pamiętajmy o drugiej stronie medalu

Paweł Grabowski w swoim tekście o fajerwerkach zwraca uwagę na istotną rzecz – naiwność w pojmowaniu świata. Ma sporo racji. Łatwo sprowadzić na przykład problem zakazu samochodów spalinowych do wojny „blachosmrodziarzy” z „postępowacami”. Trzeba jednak zadać szereg pytań. W przypadku ekologii przede wszystkim to dotyczące cedowania odpowiedzialności za trucie planety z wszechpotężnych koncernów na jednostki. Największym sukcesem braci Koch było opłacone miliardami dolarów przekonanie ludzkości, iż odpowiedzialność za stan klimatu ponoszą zwykli obywatele, a nie giganci naftowi czy inne firmy osiągające profity z powolnego zabijania życia na Ziemi.

Idźmy dalej. Zastanawiając się nad zakazami dotyczącymi aut spalinowych należy postawić pytanie, kto oberwie najbardziej. Nie będzie to bogacz w „czołgu” z silnikiem V8 ze stosowną normą EURO pozwalającą na wjazd do strefy czystego transportu, ale niezamożny zwykły obywatel, który jeździ starym i spalinowym autem. Po pierwsze, musi to robić, ponieważ stan komunikacji zbiorowej woła o pomstę do nieba. Po drugie, nie stać na auto elektryczne i w efekcie na dopłatę do niego, kierowaną do zamożniejszej części społeczeństwa.

Takie przykłady można mnożyć, są one jednak upraszczane w ideologicznej wojnie napędzanej przez pozbawionych hamulców moralnych polityków. W takim spolaryzowanym świecie bez trudu da się sprowadzić wolność do jej negatywnego aspektu. W walce o lepszy świat łatwo też popaść w uproszczenia, klasizm i etykietki.

Czytaj więcej:

BuyboxFast
Idź do oryginalnego materiału