Golf R i atak zimy to miał być koszmar. Ten Volkswagen prowokuje, by zadać jedno pytanie

2 godzin temu
Budzi respekt samym wyglądem i moim zdaniem to wersja ostateczna tego Volkswagena. Golf R w najnowszej odsłonie ma więcej mocy, a w specjalnej opcji Black Edition jest po prostu królem dzielnicy. To hot hatch, który każdego dnia postawi was przed trudnym dylematem. Miałem pecha i jednocześnie szczęście, iż jeździłem nim podczas ataku zimy.


Ten test będzie trochę jak porównanie "zabawek" Volkswagena. Tak się złożyło, iż do Golfa R przesiadłem się z Golfa GTI w wersji Clubsport. Nie wyskakuję więc ze świata hot hatchy, ale "eRka" to jednak zawodnik z innej półki. Samochód, który prowokuje do zadania ważnego pytania.

Volkswagen Golf R do jazdy na co dzień czy na tor?


To dylemat, który nie opuszcza kierowcy Golfa R. Już wcześniej ten VW był drapieżny i niczego nie udawał. To nie jest po prostu wyżyłowany Golf, który sportowe geny ma nadrabiać wyglądem. Auto jeździ tak, iż gdy tylko pozwolimy mu na więcej, zaczyna się magia. O starszej wersji mogliście już przeczytać w naTemat.

Niedawno mój redakcyjny kolega testował też Golfa Variant R, który sprawia wrażenie zwykłego kombi. Ale pozory bardzo mylą. Tym razem mieliśmy okazję sprawdzić Golfa R w specjalnej konfiguracji Black Edition. I to jest dopiero... prawdziwy kot.

A choćby śnieżny kot, tylko ten kolor się nie zgadza. Volkswagenem jeździłem akurat w czasie, kiedy Polskę sparaliżował atak zimy. Nie stałem co prawda w słynnym już gigantycznym korku na S7, ale wystarczyło, iż spędziłem z nim tydzień w Warszawie i okolicach.

Można powiedzieć, iż miałem pecha. Na zdjęciach zobaczycie tutaj zaśnieżonego częściowo Golfa w mroźnej scenerii. Pogoda była na tyle paskudna, iż każda dłuższa trasa nie miała sensu. Ale napęd na cztery koła i 333 KM w krainie lodu to nie była do końca zła perspektywa...

Golf R w wersji Black Edition jest najbardziej efektowny. Konstruktorzy wyciągnęli z magazynów chyba wszystko, co mieli w czarnym kolorze – tak wyobrażam sobie drogę do powstania tego auta. Emblematy, zaciski hamulcowe, 19-calowe felgi... Volkswagen wjeżdża cały na czarno. I jeszcze efektownie świeci tym LED-owym pasem z logo marki. Co ważne, jeżeli dla kogoś ta czerń to przesada, można wybrać sobie inny kolor.

No i wspomniane już 333 KM. Moc wzrosła z 320 KM i w ten sposób dostajemy najmocniejszego seryjnego Golfa w historii. Czy to przesada? Nie, bo oferta na ten model jest szeroka i każdy znajdzie coś dla siebie. Fakt, iż Niemcom chce się jeszcze podkręcać ich najostrzejszą "zabawkę", zasługuje po prostu na szacunek, bo gatunek rasowych hot hatczy powoli uważa się za wymarły.

Maksymalny moment obrotowy wynosi 420 Nm. Osiągi są lepsze o ułamki sekund. Nowy Golf R startuje do setki w 4,6 s, czyli o 0,1 s szybciej niż przed modernizacją. Nie doszło więc do rewolucji, tylko delikatnej ewolucji, której sercem jest dwulitrowy silnik TSI. Dzięki dostępnemu w standardzie pakietowi R-Performance VW maksymalnie pojedzie 270 km/h.

Golf R to nie jest bestia, która atakuje bez ostrzeżenia. Nie obudzicie sąsiadów od razu po uruchomieniu silnika. To łączy go z Golfem GTI, który też potrafi być bardzo elastyczny, jeżeli chodzi o preferencje dotyczące napędu.

Ale są proste triki, by zwrócić na siebie uwagę. o ile przytrzymamy przez 1,5 sekundy wciśnięty przycisk uruchamiania silnika nie używając hamulca, a następnie odpalimy silnik wciskając pedał hamulca, rozruchowa prędkość obrotowa automatycznie wzrośnie na krótko do 2500 obrotów. Dostajemy... wystrzałowy efekt.

Do wyboru mam tryby jazdy z rozszerzonej palety. Comfort, Sport, Race oraz Individual znamy już z innych modeli R, ale dla tego Golfa przygotowano coś specjalnego. Dodatkowej opcji Eco nie trzeba tłumaczyć. Przydaje się w trasę, kiedy rzeczywiście chcemy jechać spokojnie, bez nadwyrężania własnego portfela.

Prawdziwy dreszczyk emocji zapewnia tryb Special, przygotowany specjalnie na północną pętlę Nürburgring i dopasowany do warunków tego legendarnego toru, bo dzięki adaptacyjnej regulacji zawieszenia DCC można skuteczniej pokonywać zakręty. Mamy choćby specjalny profil do driftu, jeżeli akurat znajdziecie jakiś teren poza publicznymi drogami zabawa gwarantowana.

A co z tym śniegiem? No cóż, przesiadka z Golfa GTI, który miał napęd na przód do Golfa R z napędem na cztery koła, zrobiła różnicę w tych warunkach. Gdybym jeździł po suchych drogach, mógłbym pozwolić sobie na więcej, ale i tak większość czasu podróżowałem w trybie Race, bo chciałem poczuć prawdziwy charakter auta.

W tej konfiguracji Volkswagen pokazuje najlepsze cechy. Staje się "narwany", bardziej bezkompromisowy. Chociaż niedosytem mimo wszystko pozostaje brzmienie silnika, które nie sprawia, iż dostajemy gęsiej skórki.

Siła napędowa nie jest już tylko rozkładana zmiennie na przednie i tylne koła, ale dodatkowo rozdzielana między prawe i lewe koło tylne. Dzięki temu na zakrętach możliwe jest przeniesienie całego dostępnego momentu obrotowego na zewnętrzne koło.

Zmniejsza to promień skrętu i zapobiega podsterowności. Tu warto wspomnieć, iż 7-biegowa, dwusprzęgłowa automatyczna skrzynia biegów sprawnie zarządza dostępną mocą.

Niestety kilka mogę napisać o realnym zużyciu paliwa. Jeździłem podczas dużego mrozu i zużycie na poziomie 10 litrów było standardem. Ale spokojnie, w trasie da się zejść do 8 l. Tylko w mieście był hardkor... około 14 l. Zakładam jednak, iż właściciel Golfa R nie zaprząta sobie tym głowy, ale to auto nie będzie studnią bez dna, dopóki nie poniesie was fantazja.

Do tej pory celowo nie napisałem nic o wnętrzu, bo to wzór, który od razu kojarzy mi się ze sprawdzoną przez nas wersją GTI. Smaku dodają materiały przypominające włókno węglowe i niebieskie przeszycia. Na fotelach z niezłym trzymaniem bocznym znalazła się skóra Nappa. Poczułem się... jak w każdym Golfie, ale otoczka była nieco bardziej przemyślana.

Minusy? Przyciski na kierownicy, które nie są ani tradycyjne, ani dotykowe. To takie haptyczne rozwiązanie, niewygodne w obsłudze i Volkswagen z tego rezygnuje. Prawdziwe "guziki" miałem już w GTI. Jedyne słuszne rozwiązanie. Ale na przykład duże łopatki za kierownicą to już projekt bardzo na plus.

Bagażnik nie jest efektowny, ale 341 l to przewidywalna i wystarczająca pojemność dla tego modelu. No chyba iż ktoś uprze się na wyjazd na wakacje, czy zechce zrobić z Golfa R auto rodzinne. Wtedy pojawią się problemy.

Golf R Black Edition kosztuje nieco ponad 202 000 zł. Ta cena to początek zabawy, bo jak zaczniecie dobierać płatne dodatki i chcecie, żeby auto naprawdę robiło różnicę, gwałtownie przekroczycie barierę 250 000 zł. A nasz testowy egzemplarz kosztował około... 280 000 zł.

To propozycja dla koneserów specjalnych dań. Na tej półce znajdują się właśnie takie hot hatche jak Golf R. Na serio trudno doszukać się wad w jego prowadzeniu. Ma dostarczyć dokładnie takich emocji, jakich dostarcza. Auto, za które trzeba wyłożyć sporo więcej niż skromniejszą odmianę, ale skierowane dla wszystkich szukających czegoś więcej za kierownicą.

Więcej relacji zza kierownicy innych ciekawych aut znajdziesz na moich profilach Szerokim Łukiem na Facebooku oraz Instagramie.

Idź do oryginalnego materiału