Model biznesowy Ubera oparty na tzw. „elastyczności” trafia na poważny opór prawny. Przed sądem w Amsterdamie ruszył przełomowy pozew zbiorowy, obejmujący blisko 240 tysięcy kierowców z siedmiu państw Europy, w tym z Polski. Oskarżają oni giganta o używanie nietransparentnego algorytmu, który zamiast reagować na sytuację na drogach, ma systemowo obniżać ich zarobki i badać, za jak niską stawkę są jeszcze w stanie pojechać.
Czternaście godzin za kółkiem zamiast ośmiu. Polski rynek oberwał najmocniej
Wszystko zaczęło się od zmiany modelu wyceny kursów, którą Uber zaczął wdrażać po listopadzie 2020 roku. W miejsce przejrzystego przelicznika opartego na stałych parametrach czasu i dystansu, wprowadzono tzw. wycenę dynamiczną (upfrot pricing) oraz prowizję zmienną.
Z ustaleń brytyjskiej organizacji Worker Info Exchange (WIE) oraz Stowarzyszenia Kierowców Aplikacji (SKA) wynika, iż algorytm wykorzystywał dane historyczne do ukrytego profilowania kierowców. W praktyce system miał analizować, jak niską stawkę jest w stanie zaakceptować dana osoba pod presją czasu czy w obliczu konieczności dokończenia dziennego planu finansowego.
Czy kierowcy wygrają z Uberem w sądzie? / źródło zdjęcia: Unsplash (@priscilladupreez)Oferowano te same kursy różnym osobom za różne kwoty, a po długiej trasie drastycznie zaniżano wycenę kursu powrotnego. Zakładano bowiem, iż kierowca i tak przyjmie głodową stawkę, byle nie wracać „na pusto”. Według szacunków biegłych z Wielkiej Brytanii, mechanizm ten uszczuplił roczne dochody poszkodowanych średnio o ponad 5300 funtów.
W Polsce problem sięga jednak znacznie głębiej ze względu na specyfikę lokalnego rynku, gdzie dominantem są tzw. partnerzy flotowi. Polski kierowca, oprócz prowizji aplikacji (sięgającej w skrajnych przypadkach choćby 40-50% wartości kursu), musi opłacić również stałą prowizję pośrednika.
Przedstawiciele SKA wskazują, iż aby zarobić tyle co dwa lata temu przy 8 godzinach pracy, dziś kierowcy muszą spędzać za kółkiem po 12-14 godzin na dobę. Całe ryzyko rynkowe, wzrost cen paliw i koszty eksploatacji pojazdów zostały całkowicie zepchnięte na wykonawców. Tymczasem Uber co roku notuje rekordowe zyski.
Uber kategorycznie zaprzecza i odpiera zarzuty
Oficjalne stanowisko Ubera jest jednoznaczne. Centrala spółki kategorycznie odrzuca oskarżenia. Twierdzi, iż nie ma mowy o spersonalizowanym ustalaniu cen na podstawie historii czy nawyków konkretnego kierowcy.
Przedstawiciele firmy przekonują, iż algorytm bazuje wyłącznie na danych operacyjnych w czasie rzeczywistym. Analizuje więc oczekiwany czas przejazdu, optymalną trasę czy relację popytu do podaży w danym punkcie miasta. Ponadto Uber podkreśla, iż wykonawcy od początku widzą proponowaną kwotę i mają pełną swobodę w przyjęciu bądź odrzuceniu zlecenia.
Proces w Amsterdamie jest finansowany przez profesjonalny fundusz litigation funding (Innsworth Capital). To oznacza, iż polscy kierowcy mogą dołączyć do pozwu zbiorowego całkowicie bezpłatnie. Ewentualna prowizja kancelarii zostanie potrącona w przypadku wygranej z wywalczonego odszkodowania.
Rozstrzygnięcie holenderskiego procesu w połączeniu z nowymi przepisami unijnymi może wywrócić do góry nogami obecny model działania przewozów na aplikację. Dla poszkodowanych kierowców to nie tylko szansa na wysokie rekompensaty finansowe, ale też krok ku przywróceniu przejrzystych zasad wyceny ich pracy.
Źródło tekstu: Rzeczpospolita, next.gazeta.pl / Zdjęcie otwierające: Unsplash (@danielcgold)

2 godzin temu













