Eco-driving w transporcie: Jak styl jazdy kierowcy wpływa na rentowność firmy?

2 dni temu

Przez długie lata branża transportowa szukała oszczędności tam, gdzie były najmniej widoczne: w aerodynamice naczep, algorytmach zarządzania flotą, ogumieniu o obniżonych oporach toczenia. Inżynierowie liczyli dziesiąte części procentu. Tymczasem największa zmienna pozostawała niemal nienaruszona – człowiek za kierownicą, który w zależności od nawyków i dnia tygodnia potrafi uczynić z identycznych pojazdów, jadących tą samą trasą, zupełnie różne maszyny ekonomiczne.

fot. unsplash.com

Różnica w spalaniu między kierowcą agresywnym a ekonomicznym to nie kilka procent do przytoczenia w prezentacji PowerPoint. To kolosalne odchylenie, które w skali floty i roku robi z rachunku kosztów zupełnie inny dokument finansowy. A skoro tak – kierowca przestaje być wyłącznie operatorem pojazdu i staje się “menedżerem energii”. I powinien być traktowany dokładnie tak samo.

Hamulec jako sygnał alarmowy, nie narzędzie pracy

Zasada eco-drivingu, którą najprościej wytłumaczyć prezesowi firmy transportowej, brzmi: każde użycie pedału hamulca to energia, za którą zapłaciłeś na stacji paliw i właśnie wyrzuciłeś przez okno. Kilowaty ze spalania oleju napędowego zamienione w ruch – zamienione następnie w ciepło klocków hamulcowych i powietrze. Bilans: zero.

Jazda ekonomiczna polega na tym, żeby jak najrzadziej dochodzić do tego punktu. Nie przez jazdę wolniejszą – ale przez jazdę przewidującą. Kierowca patrzący daleko przed siebie, który widzi czerwone światło z odległości pół kilometra i zdejmuje nogę z gazu zamiast utrzymywać prędkość do ostatniej chwili, nie traci średniej. On kumuluje ją inaczej: pojazd zwalnia silnikiem, ogranicznik prędkości nie musi interweniować, a przy zielonym świetle ciężarówka rusza już z energią kinetyczną zamiast z bezruchu.

Skutek: oszczędności sięgające 20 procent zużycia paliwa są realne i udokumentowane – nie w warunkach laboratoryjnych, ale na żywych flotach z danymi z tachografów i telematyki. To nie jest obietnica sprzętu. To obietnica zachowania człowieka.

Paradoks płynności: szybciej, bo rzadziej się zatrzymujesz

Eco-driving ma jeden wróg: potoczne skojarzenie z jazdą powolną. W kulturze transportu ciężarowego, gdzie czas przejazdu jest mierzony i rozliczany, powiedzenie kierowcy żeby jechał „ekonomicznie” bywa odbierane jako polecenie, żeby się spieszył mniej. Tymczasem jest odwrotnie.

Pojazd, który nie wytraca energii w zbędnych hamowaniach, utrzymuje wyższą prędkość średnią niż pojazd, który gna między kolejnymi punktami hamowania. Fizyka jest bezlitosna: przyspieszenie ciężarówki z pełnym ładunkiem od zera kosztuje dramatycznie więcej niż utrzymanie tej samej prędkości przez dodatkowe sekundy. Kierowca, który to internalizuje, zmienia nie tylko stopę pedału gazu – zmienia sposób obserwowania drogi. Zaczyna myśleć kilkaset metrów do przodu, reaguje na sygnały wcześniej, tworzy bufory bezpieczeństwa, które są jednocześnie buforami energetycznymi.

Ubocznym efektem jest bezpieczeństwo – choć w branży rzadko to tak się mówi. Kierowca przewidujący rzadziej wchodzi w sytuacje awaryjne, rzadziej hamuje gwałtownie, rzadziej wyprzedza impulsywnie. Firmy, które wdrożyły programy eco-drivingu, raportują nie tylko niższe rachunki za paliwo, ale też niższe wskaźniki wypadkowości i mniej szkód.

Odcisk eko-jazdy na serwisie

Paliwo to najbardziej widoczna pozycja w rachunku oszczędności – i dlatego jako pierwsza trafia do prezentacji dla zarządu. Ale dla kierownika floty i dla warsztatu serwisowego równie ważna jest pozycja druga: zużycie materiałów eksploatacyjnych.

Kierowca jeżdżący ekonomicznie to kierowca, który rzadziej używa hamulców. Klocki i tarcze hamulcowe wytrzymują dłużej – i to nie marginalnie dłużej, ale znacząco. Opony pracujące bez gwałtownych naprężeń i nagrzewania przy intensywnym hamowaniu zachowują bieżnik dłużej i równiej. Zawieszenie niepoddawane cyklicznym wstrząsom z dynamicznych manewrów ma mniej okazji do zmęczenia materiału.

W skali jednego pojazdu to kilka przeglądów rocznie z niższymi rachunkami za części. W skali floty liczącej dziesiątki lub setki pojazdów – pozycja w budżecie, która zaczyna mieć własną linię w excelu zarządu. Koszt wymiany klocków hamulcowych razy ilość aut razy różnica w interwale wymiany razy jednostkowa cena robocizny – te liczby warto policzyć raz i pokazać każdemu, kto wątpi w sens programu szkoleń z eco-drivingu.

Menedżer energii w kabinie

Zmiana, o której mowa, ma jednak wymiar nie tylko techniczny i ekonomiczny – ma wymiar zarządczy. Firma, która traktuje eco-driving poważnie, nie wysyła kierowców na jednodniowe szkolenie i nie liczy na trwały efekt. Ona buduje kulturę, w której dane z telematyki są regularne omawiane, kierowcy widzą własne wyniki i porównują się między sobą, a oszczędności paliwowe są doceniane – premia, ranking, prosta informacja zwrotna.

Kierowca, który wie, iż jego styl jazdy jest mierzony i ma realny wpływ na wynik firmy, jest innym pracownikiem niż kierowca, któremu nikt nigdy nie pokazał, ile kosztuje jego prawy but. Ta zmiana perspektywy – z operatora pojazdu na menedżera energii – jest najtańszą inwestycją, jaką firma transportowa może dziś poczynić. Nie wymaga nowej floty, nowych silników ani nowego paliwa. Wymaga decyzji, iż się o tym rozmawia.
I rozmowy z kluczowym człowiekiem za kierownicą.

Idź do oryginalnego materiału